Znów przyszli do niej ludzie, znów wyszła z nimi na ulicę, znów było jej dobrze, ale to jeszcze nie było to.
Czekała na Marka... Wieczorem, gdy siedziała przy łóżeczku zasypiającego Witusia, ktoś wpadł niespodzianie z wiadomością, że pod murami getta czeka Marek i że nie może się dostać do dzielnicy.
Justyna podniosła się; była sama w domu i nie było kogo posłać, by ułatwić Markowi wejście. W końcu nadeszła bratowa. Zabrała przepustkę Tadka i poszła Markowi naprzeciw.
Mijał kwadrans za kwadransem i godzina policyjna się zbliżała, a nikt nie wracał. Justa traciła resztę cierpliwości. Tego się tylko bała najbardziej, że po długiej, pełnej niebezpieczeństw podróży nieszczęście stać się może w ostatniej chwili, już w bramach getta.
Więc przechadzała się po pokoju, żeby zachować trochę równowagi, gdy wtem drzwi się otworzyły i wszedł Marek.
— Sam? — zapytała Justa zdziwiona, usiłując przy tym ukryć drżenie, które rzuciło się jej do gardła.
— Sam. Nikt po mnie nie przyszedł.
— To niemożliwe. Posłałam Irenę, Mietka, a zdaje się, że ktoś jeszcze wyszedł ci naprzeciw.
— Nikogo nie spotkałem.
— Więc jak wszedłeś?