Znali się dobrze, uzupełniali się niejako i wyczuwali nawzajem, choć nierzadko ścierali się ze sobą poważnie. W sprawach zasadniczych jednak, ideowych, byli jednością, szczególnie teraz, w przełomowej chwili ruchu młodzieży.
Romek był wśród nich nowy. Reprezentował odrębną grupę młodzieży, o radykalnym nastawieniu społecznym. Jeszcze silniej zarysowywała się między nimi różnica przekonań dawniej, gdy spotykali się z nim na platformie międzyorganizacyjnej. A właśnie dziś, kiedy zetknęli się z nim, by razem poprowadzić młodzież do walki powstańczej, poczuli, że właściwie wszystkie różnice przekonań zniknęły i są sobie tak bliscy, jakby od lat pracowali na wspólnym polu ideowym. Wielki, barczysty chłop, o jakiejś niewytłumaczonej wprost bezpośredniości, miał w sobie coś, co od razu chwytało za serce. Wyglądał tak, jakby go nic nie obchodził cały świat, jakby go nic nie mogło nigdy ani przerazić, ani wyprowadzić z równowagi. Przy tym tak trzeźwo patrzył na wszystko, tak realnie ujmował rzeczy, że z łatwością przebywał ten jeden krok, jaki dzieli komizm od tragizmu. Umiał rzeczywiście wszystko ująć z humorystycznego punktu widzenia, a to poczucie humoru było najmilszą cechą w zetknięciu się z nim. Było to zresztą specyficznie żydowskie poczucie humoru, które w najcięższych nawet sytuacjach czyniło życie mocnym, a czasem nawet miłym.
Więc też lgnęli do niego i starali się przebywać razem z nim bezustannie. W każdej chwili poznawali go lepiej, a poznając, lubili coraz bardziej. Tak więc we trójkę, a często nawet we czwórkę, spędzali niemal każdą wolną chwilkę, przez co zgrali się, zharmonizowali się i w zgodnym rytmie prowadzili pracę. A dokoła nich skupiali się ludzie. Każdy miał swoich, dla których był w tej chwili niejednokrotnie ojcem, opiekunem, przyjacielem — słowem, zastępował im to wszystko, co im Niemcy wydarli. Co więcej: dawali im nowe horyzonty, ujście dla energii wezbranej, prowadzili na szeroką drogę czynu.
Mogliż więc opuścić ich i zaszyć się w bezpieczne ukrycie? Do kogo przybiegaliby wszyscy ze swoją rozpaczą, bólem, rozterką? Zresztą pamiętali w każdej chwili, że są ruchem młodzieży, zespolonej silnymi węzłami ducha. Znali się wszyscy i dowierzali sobie pod każdym względem bez granic. Wiedzieli, że każdy z nich raczej zginie, niż wyda towarzysza. Więc po cóż by było ukrywać przed sobą plany działania? Przywykli, że cokolwiek postanowili, było to zawsze we wzajemnym porozumieniu. I w małych czy wielkich sprawach zawsze decydowali wspólnie. Mieliżby25 dzisiaj o życiu ludzkim decydować na własną rękę?
Rozumieli jednakowoż, że konspiracja jest rzeczą konieczną. Nie chcieli tylko od niej rozpoczynać. Odczuwali niechęć do tajnych związków, dla których konspiracja była nie środkiem pomocniczym, ale celem samym w sobie. Była niejako jedyną pracą. Ukrywali się, myśleli, że przez to już nabierają znaczenia.
Była to obłuda tym większa, że ukryła się pod płaszczykiem pracy ideowej. Tej obłudy chcieli uniknąć i mówili sobie: siebie jakoś zawsze zdołamy ukryć, zawsze damy radę zniknąć na czas, a niech tylko praca będzie rozpoczęta. Piątki zorganizowano, ośrodki uruchomiono. Tymczasem korzystali w pełni z radości wspólnego przebywania — i mieszkania ich zawsze pełne były ludzi z ruchu.
Pierwszym, dla którego konspiracja stała się niezbędna, był Marek. Zadaniem jego było zorganizowanie biura technicznego. Ono miało podstawowe znaczenie, bez niego nie można było niczego przedsięwziąć. Miało zapewnić człowiekowi swobodę ruchu. Była to przecież epoka papierów, świstków, pieczątek, przepustek, legitymacji, dowodów, słowem — nie można było domu opuścić bez całego pliku dokumentów. A cóż dopiero, jeżeli się było Żydem. Trzeba było mieć przy sobie wszystko możliwe, by udowodnić, że się nie jest Żydem. Nie wystarczała sama buta i pewność siebie. A tu, z dnia na dzień, przepisy wymagały nowych papierów, szczególnie dowodów pracy.
Przy tym musiało się ludziom ułatwiać opuszczanie getta i dowolne wchodzenie do niego. Wreszcie byli tacy, którzy, dla swego wybitnego typu rasowego, w żadnym wypadku nie mogli zamaskować swego żydostwa. Więc i tym trzeba było zapewnić swobodę ruchu na podstawie odpowiedniego dokumentu. Materiał był olbrzymi. Marek, z amatorstwa zecer, rysownik, rytownik, radził sobie z materiałem doskonale. W dodatku miał dzielną pomoc w Cześku26. Mały, zwinny, powszechnie przez swój dowcip lubiany, miał dostęp do rozmaitych kół, przede wszystkim urzędowych. Cieszył się dziwnym zaufaniem ludzi pracujących na rzecz rządu. Miał znajomości w urzędach pracy, na posterunkach policji, a wszędzie uważali go za swojego człowieka. W dzielnicy patrzyli na niego trochę niepewnie, dopatrywali się w nim tajniaka. Ludzie słabszego charakteru starali się o jego względy, ubiegali się o protekcję. Umiał rzeczywiście zaradzić tu i ówdzie. Rozwikłał już niejedną sprawę, od chwili utworzenia dzielnicy wprowadzał i wyprowadzał ludzi. Z wszystkimi policjantami był za pan brat, wszyscy byli mu za coś zobowiązani. I byłby naprawdę niemiły z tą popularnością wśród czynników oficjalnych, gdyby nie fakt, że postanowił wykorzystać ją dla sprawy. Nagle odkryto w nim zupełnie męską odwagę. On, którego znali dotychczas z wesołych dowcipów, żywych dzienników, koncertów na akordeonie i sztubackiego humoru, okazał się teraz jednym z najdzielniejszych ludzi. Po prostu nie wahał się przed niczym. Kiedy przyszedł do jakiegoś urzędu, leniwie, jedną ręką witał się z wachmeistrem27, drugą tymczasem wyciągał blankiety, formularz, nierzadko nawet pieczątki. Wykorzystując znajomości, zakupywał w sklepach artykuły niedopuszczalne dla ludności cywilnej.
Zastanawiano się nawet trochę w kierownictwie, czemu przypisać tę zmianę, jaka w Cześku zaszła. Dotychczas bowiem nigdy nie zdradzał specjalnego oddania ruchowi. Był tylko miłym żartownisiem, aranżował wieczory humorystyczne, ale nigdy nie był zdolny do poważniejszego czynu.
Nie wiadomo było, czy to, co robi obecnie i co narażało go bezustannie na kule, wynikało z pełni świadomości i oddania sprawie. Trudno było w to wierzyć.