Ale razu pewnego, późnym wieczorem, z ust Cześka, z których zawsze sypały się tylko dowcipy, wyszły słowa nieledwie28 wyznania. Wyprowadził z dzielnicy dwójkę ludzi, teraz dopiero odprowadził Justynę do domu. Była już godzina dziewiąta, ulice były opustoszałe, można było swobodnie rozmawiać.

— Muszę ci teraz powiedzieć — zaczął znienacka Czesiek jakimś wzruszonym głosem — to, co już chciałem od dawna wyrazić wam wszystkim. Wiem dobrze, że mi nie dowierzacie. Dałem zresztą powody ku temu, trzymałem się trochę z daleka od was, choć zawsze kochałem was jednako. Ale wiesz, był okres taki, kiedy my tu, w Krakowie, nie tworzyliśmy niczego konkretnego, żyło się po prostu wspomnieniami. A dla mnie nie jest takie życie. Nie lubię ckliwości ani sentymentalizmu. Więc po prostu dowcipkowałem, kiedy się dało, albo trzymałem się z daleka. A dziś otwiera się nowy świat. Jak ja tęskniłem za takim życiem wolnym, bez zapór, bez fałszywych skrupułów! Teraz wiem, że się rozwinę w całej pełni, że pójdę wszędzie, dokąd mnie poślecie. Wam się czasem zdaje, że jeśli ja czasem popełniam szaleństwa, przynoszę rzeczy, za które na miejscu dostałbym kulę w łeb, to robię to z wrodzonej mi lekkomyślności. A tymczasem ja świetnie wiem, co robię. Spodziewam się śmierci w każdej chwili i tylko chciałbym jak najwięcej zrobić.

Justyna taka była zaskoczona tym „credo29, że nie umiała się zdobyć na słowo odpowiedzi.

Czesiek nigdy nie powiedział tak wiele w poważnym tonie. I czuła, że jej obowiązkiem jest powtórzyć to wszystko innym, bo Czesiek na pewno nie zdobędzie się na takie wyznanie. I kiedy mówiła mu „dobranoc”, myślała sobie, że jutro powtórzy to Markowi, Dolkowi i wszystkim zresztą, ale nie powiedziała nikomu. Za to Czesiek nadal robił swoje. Znosił wszystko, co tylko mógł. Najwyższym instancjom kradł, co się dało. A Marek umiał wszystko praktycznie wykorzystać. Każdym łupem cieszyli się we dwójkę.

W krótkim czasie biuro techniczne operowało wszystkimi możliwymi środkami. Tylko jednej, najistotniejszej rzeczy brakło Markowi — locum30. Zrazu nosił swe biuro w kieszeni palta. Gdy trzeba było coś zrobić, szukano na gwałt wolnego pokoju, po czym rozkładał swe biuro na serwecie i urzędował, póki się na schodach nie rozległy kroki. Wówczas całe biuro w jednej chwili znikało w kieszeni, a gdy drzwi się otwierały, przy stole siedział człowiek najniewinniej zaczytany w gazetę. Z czasem kieszeń nie mogła zmieścić całego urządzenia. Wtedy pojawiła się teczka. Z nią to spacerował Marek po getcie, urzędując co pół godziny gdzie indziej, zależnie od tego, kiedy ktoś z właścicieli powracał do domu. Nierzadko zdarzało się, że znikał wraz ze swym biurkiem w łazience i wracał za pół godziny z gotową robotą. Był przedmiotem żartów serdecznych towarzyszy. Jednakowoż, ze swym wędrującym biurem, był równocześnie symbolem całego ruchu, który z niczego stworzył wiele i który, nie mając żadnych warunków zewnętrznych, wykuł wszystko dzięki silnej woli i wytrwałości. Było to jednak igranie z ogniem. Z czasem już dwie teczki, wypchane grubo, nie mogły pomieścić biura. Materiału przybywało, za Markiem trzeba było nosić teczki, pudła, maszyny do pisania i szereg pakuneczków.

Sam bowiem nie mógł sobie poradzić z ciągłym przenoszeniem. Na noc nie było tego gdzie zostawić, a wczesnym rankiem ruszała cała karawana z miejsca na miejsce, bo Marek rozpoczynał swoje codzienne, tułacze urzędowanie. Tak więc narażało się szereg mieszkań w dzielnicy, bo nigdy nie było wiadomo, gdzie ktoś niespodzianie wpadnie do mieszkania i ujrzy niespodzianie olbrzymią pracownię. Narażeni byli ludzie, którzy musieli pomagać mu, choćby w samym bezustannym transporcie biura, a wreszcie narażony był sam Marek.

Jak długo wszyscy siedzieli w dzielnicy, nie groziło mu na razie nic. Nie grali żadnej roli, a tylko przygotowywali się do lotu. Nie było realnego punktu zaczepienia, dla którego mieliby być ścigani. Tylko Marek jeden mógł w każdej chwili wpaść. Spośród wszystkich on jeden miał blankiety, pieczątki, wszystko to, co mogłoby go przyprawić o niechybną śmierć. Niebezpieczeństwo było poważne zarówno dla Marka, jak i dla samego biura, a więc tym samym dla sprawy. Biuro trzeba było umieścić koniecznie gdzieś w ukryciu i zamieszkać przy nim. Trzeba było poważnie rozpocząć konspirację. Zaczynało się zadanie Justyny.

[Luka w rękopisie]

Uciekłem z pracy, z domu, zewsząd. Mogę tylko iść w lasy. Tam będę wreszcie sobą. Wraz ze mną szedł Benek31. Miał również za sobą służbę wojskową. Mówiono o nim kiedyś, że zaginął na froncie. Ale po dwóch miesiącach niewoli zjawił się nagle w domu. Był potem jakiś niewyraźny. Przez długi czas nie stykał się z nikim. Ostatniego lata ożywił się nagle. Począł organizować placówkę rolną, gdzie miał pracę w rządowym majątku rolnym jako ekonom. Chciał zatem przyjąć do roboty swoich ludzi, by w ten sposób skupić ich na roli. Sam na swojej pozycji był pewny siebie. Kto wie, może przetrwałby już spokojnie całą wojnę. Gdy jednak padło hasło „do lasów”, stanął przed Dolkiem i powiedział: „Jestem gotów”.

Potem szedł Edwin32. Był wychowankiem Marka. Przy swej bujnie rozwiniętej inteligencji i rozmachu byłby wielką wartością, gdyby nie ambicja, która go rozpierała. Ona to kazała mu być wszystkim, tylko nie sobą. Więc naśladował Marka, później Dolka, bo zdawało mu się, że musi wszystkim dorównać. A nie chciał zrozumieć, że gdyby był sobą, tzn. dzielnym, rozgarniętym i serdecznym w pożyciu chłopakiem, to by wartość jego była znacznie większa niż wtedy, kiedy chciał przejść siebie samego. Nikt przecież nie zaprzeczał mu zdolności. Liczono nań zawsze bardzo poważnie. W ostatnich latach zaliczano go do pracowników, którzy mieli w przyszłości odbudować ruch. I mieliby z niego naprawdę wiele pociechy, gdyby nie to, że sztubacką fanfaronadą psuł efekt wszystkiego, co robił. Ostatnio przybył z Warszawy. Od chwili śmierci Nuśka reprezentował placówkę warszawską. Teraz wyrwał się stamtąd, żeby iść w lasy. Tężyzna fizyczna, lata przebyte w przysposobieniu wojskowym, ambicja, która w nim bywała często zdrowa i twórcza, a przede wszystkim zupełna gotowość, stawiały go w rzędzie najodpowiedniejszych obecnie sił.