Wraz z Edwinem przybył z Warszawy jego wychowanek, Adaś33. Stosunkowo był młody, ale to było bez znaczenia. W ich przedwczesnej dojrzałości różnica roku czy dwóch nie grała żadnej roli. Ważne były nie lata, ale przeżycia; Adaś miał ich za sobą dość. Przeżył wysiedlenie w Bydgoszczy34, całą gehennę warszawską, stracił matkę (umarła na suchoty) i ojca (umarł na tyfus). Dla niego nie było już innej drogi, tylko do lasu. Miał zdrowy charakter i dużo zapału. Mógł śmiało stanąć w pierwszej piątce.
Wreszcie Zyga35. Znali go wszyscy z tego, że był wiecznym partnerem Cześka i żywym jego kontrastem. Bo, choć towarzyszył mu w ciągłych żartach, to przecież dowcip Zygi był głębszy, posiadał niejako swój ciężar gatunkowy. Nie trwonił go tak jak Czesiek. Z zaciśniętych jego ust rzadko wydobywało się jakieś słowo. A kiedy już padło, to krył się w nim cały świat ciętego humoru. I gdy wszyscy dokoła pokładali się ze śmiechu, patrzył na nich jakby z politowaniem, jakby współczuł ich świetnemu poczuciu humoru i jakby chciał zapytać: „Więc to nazywacie dowcipem, biedni, ograniczeni ludzie?”
Nikt jednak nie znał go z drugiej strony. Nikt nie znał jego duszy, w której głębi rozgrywały się małe i wielkie tragedie. Wiedziano tylko, że to mężny, uczuciowy chłop i że na nim można polegać. Bo pod tym dowcipem kryła się niezwykła powaga życiowa, która uderzała w każdym zetknięciu się z nim. Kiedy „wysiedlono” mu matkę i siostrzyczkę, zaciął się w sobie i milczał. Niedługo potem poszła z „transportem” z Rymanowa36 jego Runka, wątła dziewczyna o subtelnej duszy i przecudnym wysokim sopranie. Zyga był złamany. Dolek przygarnął go i ogrzał go ciepłem swojego serca. Uspokoił się przy ich boku, ale nie odnalazł jeszcze siebie. Dopiero gdy padło hasło „do lasu”, odnalazł się. Był gotów. Nie tylko gotów, ale czekał na to. Tylko to jeszcze mogło go uratować.
Był intendentem swojej piątki. Wyekwipował ją dostatecznie, tylko broni jeszcze nie było. Na broń czekali wszyscy w napięciu.
Aż pewnego pięknego dnia wróciła Hela37 z Warszawy. Przyszła do dzielnicy uśmiechnięta, różowa i jasna. Była ładnie ubrana, w ręku trzymała nową torbę podróżną. Szła swoim pewnym krokiem, wyniośle odpowiadając na hołdy, składane jej wzrokiem przez przechodniów. Zdawałoby się, że nic jej nie obchodzi więcej poza tym, żeby być podziwianą. Kto widział ją w pociągu, flirtującą na prawo i na lewo lub idącą wśród zalotnych uśmieszków przez peron, ten mógł ją podejrzewać o wszystko. O to, że jedzie w odwiedziny do swego narzeczonego, o to, że wybiera się gdzieś na wywczasy, o to, że może nawet uprawia pasek38, ale cokolwiek o niej myśleli, było pewne, że wszystko robi dla uciech tego świata.
[Luka w rękopisie]
Kiedy w punkcie nie było grosza ani kawałka chleba w kuchni, ona spod ziemi wydobywała wszystko, czego było potrzeba.
Kiedy rozpoczęło się wysiedlenie Warszawy, poczuła, że ona jedna musi ratować wszystko. I nie spoczęła, aż nie wyrwała z płonącego miasta39 tych, których zdołała uratować. Kilkakrotnie jeździła tam i z powrotem, za każdym razem wchodząc do getta warszawskiego, z którego mogła już nie wyjść. Była pierwszym łącznikiem, który stanął do dyspozycji ruchu. W ciągłych rozjazdach torowała sobie drogę niezwykłą swadą i urodą, taką charakterystyczną dla kobiety tęgiej, zdobywczej i zadowolonej z siebie. Zapewne nikomu z przypadkowych towarzyszy jej podróży nie przeszło przez myśl, że Hela przewozi broń. Pod luźnym sportowym płaszczykiem miała zawieszone dwa browningi40 — w nowej podróżnej torbie wiozła trzy sztuki i kilka magazynków z nabojami.
Jeszcze nigdy nie witano nikogo z takim wzruszeniem, jak teraz witano Helę; jej przyjazd otwierał nową epokę. Przywiozła broń. Leżała potem u Dolka na tapczanie i odpoczywała. A tu co chwila kto inny wchodził, witał się z nią serdecznie i ukradkiem rozglądał się po małym pokoiku, żeby dostrzec to, co w tej chwili było najważniejsze. Więc najpierw Mira41, potem Anna, Justa, ale żadna z nich nie otworzyła torby zawieszonej na ścianie. Dopiero gdy przyszedł Marek, zamknięto drzwi i rozpoczęły się oględziny. Tego chyba nikt nie zrozumie, co to była za radość mieć własną broń. Dopuszczali się przecież dotychczas stokroć innych przestępstw, które kwalifikowały ich na szubienicę. Ale posiadanie broni było przestępstwem najcięższego kalibru i jeżeli ludność, mimo szalejącego terroru, ukrywała przed władzami to i owo, to właściwie nie wiadomo, jakim cudem mogła gdzieś jeszcze znajdować się ukryta broń.
Przed trzema laty, gdy armia nieprzyjacielska wkroczyła do kraju, pierwszym krokiem władz okupacyjnych było odebranie wszelkiej broni; a w ślad za tym poszły rewizje, które spod ziemi nawet wydobywały każdy rewolwer, każdy bagnet; nawet naboju pojedynczego nie przepuścili.