I było nie do pomyślenia, aby gdziekolwiek jeszcze przetrwała niewykryta broń. Żadna armia okupacyjna nie spenetrowała tak gruntownie prywatnych mieszkań jak tu oto. Nigdy cywilna ludność nie była tak bezbronna wobec terrorystycznych rządów militarnych jak na tym terenie, a gdy teraz powstało zagadnienie broni wśród młodzieży powstańczej, każdy zachodził w głowę, jak ją zdobyć. I każdemu zdawało się, że nie zdobędzie jej nigdy.

Cóż to więc była za radość posiadać broń.

[Luka w rękopisie]

...temu, że tamci umieli nawet spod ziemi wykryć. Posiadać broń, którą skieruje się przeciw nim w odpowiedniej chwili... Marek rozkłada browning na części. Cieszy się tym jak dziecko. Wygląda jak chłopak, który wreszcie dostał upragnioną zabawkę. I nie wiadomo, kto w nim jest szczęśliwszy: czy mężczyzna, który zdobył narzędzie walki, czy chłopak, który bawi się oczekiwanym przedmiotem.

W każdym razie jest szczęśliwy w takim stopniu, w jakim był dawniej. Gdy później schodzą się z Dolkiem, atmosfera staje się jeszcze bardziej ożywiona. Budzi się w nich chłopięca wprost wyobraźnia. Snują plany potyczek. Potrafią we dwóch zaskoczyć i rozbroić sześciu. Zdobywszy sześć spluw za jednym zamachem, mogą uzbroić jeszcze sześciu swoich. Tym systemem mogą zdobywać stale broń, by po krótkim czasie mieć cały oddział uzbrojony. Tak więc wystarczy tylko na początek kupić pięć sztuk, resztę można zdobyć o własnych siłach.

Byli obydwaj dojrzałymi mężczyznami. Widzieli życie takim, jakim ono było — znali wszystkie zasadzki, jakimi los mógł się posłużyć. I jeśli czasem Marek zapędził się w swej pełnej rozmachu młodzieńczości, Dolek, trzydziestoletni mężczyzna, umiał zawsze w miejscu utrzymać go. Ale teraz obaj dali się ponieść fantazji i zdobywali cały świat. To nie była właściwie fantazja. Wszystko, o czym mówili, leżało istotnie w ich możliwościach. Ale to były tylko możliwości, które mogły się zrealizować lub nie. Bo przeciw nim stał zawsze i wszędzie przypadek, splot nieprzewidzianych okoliczności, a nade wszystko przewaga najlepiej w świecie uzbrojonego żołnierza nad młodym chłopcem.

Czy jednak w tej chwili nie widzieli żadnych przeciwieństw?... Moc, która rozpierała ich od wewnątrz, kazała niezłomnie uwierzyć, że osiągną to, czego chcą. Że tych pięć pistoletów otworzy im drogę bezustannego zdobywania, aż w końcu staną się siłą, która porwie za sobą masy. Więc skoro teraz, na jesień, ruszy pierwsza piątka, to z wiosną już lasy zaroją się licznymi gromadami uzbrojonej młodzieży. A choć padać będą w walce, to na miejsce jednego poległego przyjdą dziesiątki nowo uzbrojonych. Tak wierzyli.

A przecież mogło się zdarzyć inaczej. Wspomnienie tragicznej porażki w Warszawie wciąż trwało w pamięci niby krwawe memento mori.

Tam wszystko było już do wzlotu gotowe. Cios padł w przeddzień odlotu. Mieli już swój arsenał, swoje kadry wyćwiczone.

Dwudziestka wyruszyła w Lubelskie42. Część wyłapano w pociągu. Reszta zajechała do Międzyrzeca43. Grunt do walki nie był jeszcze gotów. Trzeba było odczekać parę dni. Niespodziewanie przyszło „wysiedlenie”. Kilku z nich zaledwie zdołało uciec. Reszta padła ofiarą. A byli to najlepsi spośród młodych. Mieli jednak jeszcze silne zaplecze w Warszawie. Więc w miejsce tych poległych mogło iść wielu nowych. Nagle, ni stąd, ni zowąd, kierownik wpadł w ręce władzy... Momentalnie zrozumiano, że trzeba oczyścić grunt. Poczęto przenosić broń. Wtedy jedno poszło za drugim. Schwytano ludzi, schwytano broń, choć nikt nie działał w panice, choć wszystko robiono z rozwagą. Trudno — byli osaczeni. Niewiele pomogło, że Szmuel bronił się do ostatka, że każdy trzymał się dzielnie. Odeszli ci, co byli duszą wszystkiego. Pozostała siedemdziesiątka bez drogowskazu. Cóż mieli począć ze swoją gotowością?