Ten sam los mógł ich też spotkać w Krakowie. Mogli ponieść klęskę, nim wyruszą w drogę... A oni tymczasem widzieli już wiosnę niosącą im wolność, zwycięstwo.
Z końcem tygodnia wyruszyło...
[Luka w rękopisie]
A w cieniu tych wydarzeń dojrzewali nowi ludzie. Kiedy w lipcu zapadła decyzja, że chwycą za broń, nie werbowali nikogo. Uznali bowiem, że na tę drogę wkroczyć powinni tylko ci, w których od wewnątrz odezwał się bunt. Nie chcieli nikomu narzucać tej decyzji, która wiodła człowieka na zagładę. Każdy miał przecież prawo ratować się.
Nie wiadomo było wprawdzie, na jak długą metę można się było zabezpieczyć. W każdym razie były możliwości. Można się było urządzić prywatnie, zaszyć się w głuchą wieś, zamaskować się i patrzyć tylko końca swego nosa. Mogli poza tym umieścić się na pewnej placówce wojskowej w charakterze czarnych robotników, czekać końca wojny.
Zawsze przecież były sposoby na asekurowanie siebie, a zawsze byli ludzie, którzy nawet wtedy, kiedy było jedyne wyjście na szeroką drogę społecznego czynu, znajdowali sobie furtkę na ciasną ścieżkę ratowania siebie. Każdy miał prawo rozporządzać swym życiem.
I choćby rozporządzał nim nierozsądnie, miał prawo tak uczynić.
W Kopalinach do ostatniej chwili nie padło jedno słowo o walce. Antek, Marek i Justa już dawno nie byli panami swego życia, a inni nie przeczuwali nawet, co się gotuje.
Raz tylko Antek odezwał się do Justy:
— Wiesz, wobec tego, co się dzieje, pozostałoby tylko jedno: wskrzesić w sobie wiarę, że istnieje jakaś wyższa sprawiedliwość, która nas pomści. I że istnieje jakieś przyszłe życie, które nam wynagrodzi doczesne cierpienie.