Na ustach Justyny zamigotał drwiący uśmiech:
— Innego wyjścia nie widzisz?
— Istnieje jeszcze droga inna, ale ta byłaby szaleństwem.
— A cóż nam pozostaje poza tym szaleństwem?
— Nie pomyślałem o tym.
— Jak można było o tym nie pomyśleć? — Justyna straciła panowanie nad sobą. — Tego nam właśnie historia nie wybaczy, że się „nie pomyślało o tym”. Któryż to zdrowo myślący człowiek znosiłby to wszystko w milczeniu?
Gdzież była ta wielka przyczyna, która mogła powstrzymać nas przed jedyną reakcją dziwnego człowieka? Historia potępi nas na zawsze, a jedyną reakcją (jeśli pozostało nam jeszcze jakieś wyjście) to ratować w przyszłości swoją duszę, skoro i tak się jest straconym. Przynajmniej pozostawić po sobie pamięć, której ktoś kiedyś złoży część.
Więcej ani słowo nie padło o tym. Myśl może dojrzewała w tym i owym umyśle, ale nikt nie mówił o tym głośno. Czekano. W Krakowie wszyscy, w poczuciu ważności zdarzeń, które mogą nastąpić, pragnęli w nich wziąć udział.
A byli naprawdę młodzi. Najmłodsza wśród nich była Czarna44. W tej chwili miała piętnaście lat, ale nikt nie chciał temu wierzyć. Była duża, silnie rozwinięta, naprawdę śliczna, w grubej koronie włosów na głowie. W jej zdrowym ciele mieszkała dusza krzepka i dzielna. I tak dojrzała, że każdy, kto przebywał z nią, mógł znaleźć w niej taką podporę, jakby była dorosłą kobietą. Nic dziwnego zresztą. W jej rozwoju nie było stopniowego przejścia od dzieciństwa, przez pokwitanie, ku dojrzałości. Można śmiało rzec, że wieczorem zasnęła dzieckiem, a rano obudziła się kobietą. Miała dwanaście lat, kiedy wojna wybuchła. Była jedyną siostrą Marka. Kiedy go uwięzili, rozpłakała się jak małe dziecko, ale zatroszczyła się jak matka. Tak w tym płaczu wylała wszystkie swoje dziecięce łzy, a to, co z niej później pozostało, to był już tylko hart kobiety, która chce ratować nie brata, ale bojownika wielkiej sprawy. Dzień w dzień chodziła pod więzienie, dzień w dzień zanosiła mu wszystko, co tylko mogła, a kiedy wywieźli go do obozu, podtrzymywała na duchu ojca i matkę. I wierzyła zawsze, że jej Marek musi wrócić. A kiedy wrócił istotnie, wtedy zamiast małej siostrzyczki zastał siostrę-towarzyszkę. A wtedy jeszcze nie miała trzynastu lat ukończonych. I ciekawa była w niej ta synteza przedwczesnej dojrzałości z dziecięcą zaledwie świeżością, mężnego, hardego ducha z tryskającą zdrowiem dziewczęcą urodą. A co w tym wszystkim było najciekawsze, to fakt, że nie było w niej ani śladu próżności, ani śladu pychy. Jakby było rzeczą zupełnie naturalną, że wczoraj jeszcze była dzieckiem, a dziś już włożono na jej barki odpowiedzialność za cały dom nieledwie. Przecież nie ukończyła nawet szkoły.
Marek i Justa uznali, że trzeba uzupełnić jej wychowanie szkolne. Rozpoczęli z nią normalne lekcje, a jej młody umysł chłonął wiedzę jak gąbka. Robiła olbrzymie postępy. Wtedy Justa postanowiła pozyskać ją dla sprawy. Był to dopiero pierwszy rok wojny. Justa nie chciała sama zająć się jej wychowaniem ideowym, by na kształtowanie się duszy młodego stworzenia nie wpłynęły węzły rodzinne. Oddała ją w ręce Miry. Odtąd wychowanie jej poszło normalną drogą. Żyła wśród ludzi starszych od niej o dwa, trzy lata, ale dorównywała im w pełni. Nawiasem mówiąc, przewyższała ich w niejednym, ale tego starano się nie podkreślać; z czasem zapomniano, że to było dziecko, przedwcześnie w życie wciągnięte. Bez skrupułów wciągano ją w najrozmaitsze trudne zadania. Trudno, już nie można było z powrotem uczynić z niej dziecka. Wszędzie była najmłodsza, ale wszędzie spełniała swą rolę na równi z dojrzałymi. Tak też było teraz w Krakowie. Sam Marek obarczał ją rozmaitymi sprawami, które nieraz wahał się powierzyć starszym. Ją albo Poldka45.