Od kiedy datowała się ich przyjaźń, tego nikt nie wiedział, jak zresztą nikt nie wiedział, skąd się do tego młodego stworzenia wzięło takie zdecydowane uczucie. Ale, jak wszystko było w niej silne i jasne, tak też i ta przyjaźń była faktem, którego nikt i nic nie mogło obalić.
Ciężkie były losy pierwszej piątki w lasach. Byli tu naprawdę pionierami. Zdawało się, że tu działa jakaś zorganizowana grupa partyzancka, do której wystarczy przyjść gotowym i uzbrojonym, podporządkować się i działać. Trzeba było tylko znać adres, na który należało się skierować, aby znaleźć się w kręgu działalności zorganizowanej.
Nasi mieli swój adres. Ruch działał wtedy w porozumieniu z partią robotniczą. Z jej więc polecenia mieli kierować się do przewodnika, który miał ich oczekiwać na stacji. Oczekiwał ich istotnie. Poprowadził ich przez miasteczko i dał nocleg na skraju lasu.
Nasi byli pełni zapału. Coś niby święte wzruszenie nie pozwalało im myśleć o niczym, tylko o działaniu. Jutro się miało rozpocząć dla nich to cudowne życie. Byli pierwsi, czuli, że torują drogę całemu ruchowi, że muszą zrobić wszystko, by stać się godnymi pionierami. W napięciu czekali.
O świcie zjawił się nowy przewodnik. Zabrał ich z chaty i poprowadził lasami. Nie znał dobrze drogi. Kołował kilkakrotnie. Potem zostawił ich w lesie i poszedł. Nie mieli co począć ze sobą. Straszne to było uczucie: mieć przy sobie broń, pragnąc czynu, a stać bezczynnie w miejscu, w ciszy i nie wiedzieć, gdzie szukać przeciwnika. Zaciskali pięści w bezsilnej wściekłości. Krążyli po lesie, bo nie chcieli wierzyć, by przewodnik miał ich zwyczajnie wprowadzić w błąd. Więc myśleli sobie, że może odstawił ich jednak na określony punkt, że może jednak tu, w pobliżu, znajduje się stacja partyzancka.
Chodzili, szukali — na darmo. Po dniu daremnego szukania wrócili do chaty pod lasem. Przyjęto ich ozięble. Było to schronienie tylko na jedną, poprzednią noc. W drugi wieczór musieli przemocą wdzierać się do wnętrza. Ale ostatecznie byli już pod dachem. Umęczeni, na wskroś rozczarowani, pełni goryczy, pragnęli tylko odpoczynku i zapomnienia.
Zrzucili plecaki. Szykowali się do snu. Jutro, skoro wypoczną i uspokoją się, zrobią własny plan działania. Dziś chcą tylko spokoju. Cisza zaległa wieś. Wszyscy już pewnie śpią. Nagle rozlega się szczekanie psa. Coraz bliżej, coraz głośniej. Zyga podrywa się, chłopcy nadsłuchują bacznie. Ktoś się zbliża. Wyglądają przez okno. Idzie oddział policji. Więc zdrada. Nie ma chwili do stracenia. W jednej sekundzie trzeba skupić wszystkie władze. Wytężyć słuch, naprężyć mięśnie, opanować się i działać.
Działają sprawnie. Jak jeden mąż. Idzie o śmierć albo o życie. Teraz jeszcze nie wolno im paść. I bronić się też nie można. Jest ich tylko pięciu na cały oddział żandarmerii. Więc tylko uciekać. A miarowe kroki są tuż, tuż...
Nim oddział dotarł do chaty, chłopcy już byli w lesie. Otoczyła ich ciemność i niezmącona cisza. Zaszyli się w gąszcz. Tym razem udało się. Ale niebezpieczeństwo nie minęło. Policja jest na tropie. Trzeba się mieć na baczności. Trzy dni, trzy noce pozostali w lesie. Odcięci od całego świata, od ludzi. Zapasy żywności wyczerpały się. Mieli tylko jedną kromkę chleba. Symboliczną. Strzegli jej jak ostatniego skarbu. Spijali rosę z traw.