Las był otoczony żandarmerią. Od czasu do czasu rozlegały się strzały. Żaden jednak żandarm nie odważył się zapuścić w głąb. Paniczny strach przed partyzantką tu panował. Wystarczyło pojawienie się tu jednego powstańca, by niepokój zapanował na wszystkich posterunkach policji. Fama tu szła, że partyzanci zalewają całe wsie terrorem, że nikt się im nie ostoi. Że z karabinem w ręku zmuszają chłopstwo do posłuszeństwa. Że sieją strach i budzą grozę. Więc ci wszyscy żołnierze najpotężniejszej armii świata truchleli na wieść o młodych, uzbrojonych chłopcach. Ufali swojemu męstwu, ale woleli nie stykać się z tymi nieznanymi powstańcami, dokoła których snuła się barwna legenda. Krótko mówiąc, tchórzyli. I w tym tkwiło zwycięstwo partyzantki. Że łamała butę tych najbutniejszych, że napędzała strachu tym nieustraszonym.
Gdy nasza piątka zjawiła się we wsi, poszła wieść po okolicy, że w lasach ukazał się oddział złożony z trzystu uzbrojonych powstańców. Kto te wieści szerzył, nie wiadomo. Powstawały jakby same z siebie. I strach padł na okolicę. Stąd tak szybko wynikła zdrada. Chłopi chcieli zapobiec terrorowi i pospieszyli z donosem. Dwa dni trwała obława. Las był gęsto otoczony, ale nikt nie odważył się zapuścić w głąb. Strzelali z karabinów na chybił trafił. Huk rozlegał się bezustannie, aż się żandarmi zmęczyli i uznali, że dość, że wytropili już wroga. I obława się skończyła.
Po trzech dniach wyszli chłopcy z lasu. Wygłodzeni, zmęczeni, ale zupełnie spokojni. Czuli się silni; jak na początek, dali sobie radę.
Nie mieli się dokąd skierować, we wsi nie mogli się pokazać, dachu nad głową nie mieli. Przewodnik nie pokazał się więcej. Byli zupełnie sami. Właściwie powinni byli zgłosić to kierownictwu: w Krakowie muszą o tym wiedzieć. Tam tylko można zdecydować, co dalej, więc trzeba pchnąć kogoś z wieścią.
Nim jednak wysłali sprawozdanie, postanowili spróbować raz jeszcze. Nie chcieli posyłać wiadomości, że nie zrobili niczego. Było im po prostu wstyd. Więc, chociaż zmęczeni i wygłodzeni, uplanowali na wieczór robotę.
Była ciemna jesienna noc. Przyczołgali się pod posterunek policji. Od wewnątrz nie dochodziły żadne głosy. Mieli zamiar zaskoczyć ich i rozbroić. Po zdobyciu broni, mogli z podniesionym czołem posłać wieść do Krakowa. Jedna chwila — i wszystko poszłoby dobrze.
Ale tamci i wewnątrz nie dali się zaskoczyć. Byli czujni. Ani przez chwilę nie zapomnieli, że dokoła są lasy, a w nich młodzi i gotowi na wszystko ludzie. Siedzieli na posterunku zamknięci na kilka zatrzasków. Nie otwierali nikomu.
Czy to była porażka? Przenigdy. To było raczej zwycięstwo. Tamci znów dali dowód tchórzostwa. Nie pokonali piątki, zamknęli się tylko przed nią, nie mając odwagi stawić czoła.
Trochę było wstyd odchodzić z kwitkiem spod zatrzaśniętych drzwi. Mogli je wziąć szturmem. Wysadzić je, wpaść do środka i zdobyć broń. Ale było ich tylko pięciu, a wewnątrz nie wiadomo ilu.
Taka była pozycja partyzanta. Siła jego polegała na tym, żeby zaskoczyć, bo nie w orężu leżała jego moc, tylko w tym, że wprawia w zdumienie. Że przed żołnierzem, z którego ramienia zwisa ciężki karabin, a u boku tkwi bagnet, staje nagle młody chłopak o jasnym spojrzeniu z małym pistoletem w ręku. I nim się zdumiony żołnierz spostrzeże, czego to dziecko chce — już pada strzał. Partyzant musi zaskoczyć, musi umieć wykorzystać moment nieledwie46 psychologiczny. Jego moc tkwi w przewadze duchowej. O militarnej nawet nie marzy.