„Czego się martwisz, Justyno? — szepcze jej jakiś uspokajający wewnętrzny głos. — Czyś zapomniała, że tam wewnątrz jest Dolek? Ten, dla którego życie ludzkie jest najświętszą wartością. Ten, który już niejednokrotnie okazał, że życie powierzonych mu ludzi jest droższe jemu samemu niż tym młodym właśnie. Ileż to razy zdawało się, że powstrzymuje ludzi w pędzie, że tamuje ich rozmach! A przecież czynił to wszystko z miłości dla nich. Czuł się najstarszy wśród nich i wiedział, że nie wolno mu pozwolić, by padli ofiarą młodości, która ich ponosi. Więc był niby troskliwy jeździec, który mocno trzyma cugle i powstrzymuje w pędzie swe rozhukane rumaki. Ileż to razy najognistszy z rumaków zrywał się, stawał dęba, wierzgał. Ale czujny jeździec umiał go na czas powściągnąć”.

O, tak, nieraz ścierał się Dolek z Markiem, gdy go ponosił rozmach młodzieńczy, aż się rozhukany rumak opanował i szedł posłusznie w takt, podawany przez czujnego jeźdźca. Ale i Markowi można było dziś spokojnie zawierzyć losy młodych. Mimo burzącej się w nim młodzieńczości, znał świetnie granice między odwagą a szaleństwem, między bohaterstwem a lekkomyślnością. Umiał powstrzymać się w największym pędzie, kiedy czuł, że przekracza granice zdrowego rozsądku. Nawet potrafiłby się cofnąć, gdyby tego wymagała konieczność.

Więc kiedy Justyna tak myśli o tym, czuje napływ jakby uczucia wdzięczności dla nich za to, że zapał nie zabił w nich odwagi, a bojowa gotowość troski o życie człowieka. Przecież ponieść chcieli największe nawet ofiary, ale żadna nie śmiała być ofiarą daremną. Więc życia ludzkiego trzeba było przede wszystkim strzec jak największego skarbu. W tym duchu też zadecydowali tam za zamkniętymi drzwiami.

Nazajutrz pierwszym pociągiem wyjechał Edwin z odpowiedzią. Rozkaz brzmiał krótko: „Porzucić lasy, zajechać do najbliższego miasteczka i czekać dalszych rozkazów”.

W ciężkim położeniu znalazło się obecnie kierownictwo ruchu. Kiedy w sierpniu zapadła decyzja pracy i walki orężnej, zdawali sobie jasno sprawę z faktu, że nie są odpowiednio do swojego zadania przygotowani. Byli wszyscy pedagogami, wychowawcami na wielką skalę. Stali od lat na czele tysięcznej młodzieży bojowej. Przywództwo ich miało jednak charakter na wskroś duchowy. Znali dusze swych wychowanków i umieli torować im drogę, w najtrudniejszym nawet życiu być dla nich wzorem bojowości i oddania. Ale zawsze ich przywództwo miało charakter duchowy. Praca ich była zawsze twórcza. Najbardziej realny czyn — był duchowy i raz

[Luka w rękopisie]

Oficerami zatem nie byli nigdy i nie czuli się na siłach poprowadzić swych młodych do walki ogniowej. Sami gotowi stać się szarymi żołnierzami, zwykłymi szeregowcami, by oddać się w ręce wielkiego wodza, który zrozumie potrzebę chwili i ich młodzieńczy zapał zamieni w bohaterski czyn. Tak szukali wodza o doświadczeniu wojskowym, bo tego im właśnie brakło.

Odrzucili wszelki fałszywy wstyd i wyszli na jego poszukiwanie. Tak połączyli się z partią robotniczą. Co właściwie wpłynęło na decyzję w tym właśnie kierunku? Przypuszczalnie bezpośrednim bodźcem stała się osoba Lidki48.

Była kuzynką Ewy. Ewa od dzieciństwa wpatrywała się [zatarte] nie miała osobistego życia. Zawsze oddana była sprawie ludzi i dla niej zapewne żyła.

Wojna zastała ją w więzieniu. Skazana była na piętnaście lat twierdzy. Po trzech latach, gdy wybuchła wojna — wyłamała się wraz z innymi więźniami zza kraty. Rzuciła się znów w wir pracy. Połączyła się ze swym mężem, aż go zawierucha wojenna nie wydarła. Pozostała wtedy sama z niemowlęciem. Zwolniła się z pracy, wzięła urlop z partii, aby tylko odchować i zabezpieczyć swoje maleństwo. Kochała je nad życie. Była matką w pełni tego słowa. Praca rewolucyjna nie [zatarte] jej macierzyńskiej czułości. Chciała je tam umieścić u krewnych, by wrócić znów do pracy.