W tych samych dniach wyjechały Ewa, Klara i Hela na poszukiwanie mieszkań. Rozpoczęli budowę ruchu o własnych siłach.


Były jeszcze punkty ruchu, do których nie dotarło wysiedlenie. Przypominało to płomień, który nie ogarnął jeszcze całego gmachu, ale który ugasić się nie dał i, wcześniej czy później, musiałby dotrzeć wszędzie. Więc czekało się na nie[go] jak na nieunikniony cios.

Trzeba było przygotować ludzi, aby w chwili rozpoczęcia „akcji” nie byli zaskoczeni. Takim właśnie punktem był Tomaszów52. Tu było gniazdo Mirki, w którym pracowała od dawna, tu wychowała sobie młode pokolenie pracowników ruchu. Tu była cała jej nadzieja na przyszłość.

A kiedy teraz fala wysiedleń zbliżała się do jej gniazda, rzuciła się na nie, by je bronić. I znów poczęła jeździć po swej dawnej linii Kraków — Tomaszów, przedzierać się do getta, do swoich drogich ludzi. Lecz miast malować przed nimi — jak dawniej — obrazy jasnej przyszłości, miała im rzucić tym razem krótkie hasło: do boju!

Jeździła niestrudzenie, przywoziła im dokumenty, zbierała pieniądze na broń i wracała zawsze rozradowana. Taka w niej już była dziecięca wprost, cudowna radość, taka pogoda, że kiedy nawet chmurzyła się, bił od niej blask niby od słońca. I do wszystkiego podchodziła niemal beztrosko, powiedziałbyś — z dziecięcą lekkością.

Miło było patrzeć, jak przygotowywała się do podróży. Zazwyczaj wyjeżdżała wieczorami, a wtedy jej mieszkanie było przepełnione gośćmi. Wszyscy bowiem chcieli widzieć, jak ona krząta się, przejęta zupełnie tymi przygotowaniami, a jednak wcale nimi niewzruszona. Jakby nie myślała o tym, że przed nią jest podróż, która kryje w sobie niebezpieczeństwo.

— Mira jest chyba najodważniejsza z nas wszystkich — mówiła kiedyś Anna do Justyny. — Bo przecież nie na tym polega odwaga, żeby przełamać w sobie strach i przezwyciężywszy się, stanąć jeszcze na posterunku, ale na tym, by ani na chwilę nie zadrżeć, ani przez chwilę nie łamać się w sobie, a Mira naprawdę nie zna strachu.

Istotnie Mira narażona była poważnie. Nie miała odpowiednich warunków do maskowania się. Była drobna, miała szybkie, ale pełne godności ruchy. Szczególnie martwił ją czarny kolor jej oczu i włosów.

Z tych ciemnych oczu padały jednak wciąż iskry i sypały się uśmiechy, które rozbrajały tego, kto na nią spojrzał. Jeśli się zdarzyło, że ktoś popatrzył na nią podejrzliwie, wnet cofał się, rozbrojony jej jasnym spojrzeniem. Tak torowała sobie drogę swoim czarem osobistym, wdziękiem, któremu trudno się było oprzeć.