Powoli zaczęli napływać pracownicy z Tomaszowa. Pierwsze zjawiły się Irka i Halina53; zjechały do Krakowa, stawiły się na punkcie łącznikowym. Pod dzielnicą funkcjonował od pewnego czasu punkt54. Urzędował w nim Alek55. Całymi dniami siedział w domu i przyjmował ludzi. Kiedy kto przyjeżdżał, przychodził tu po rozkazy, które co kilka godzin napływały. Kto miał wyjechać, tu otrzymywał wskazówki i pieniądze, kto miał pozostać, dostawał przepustkę do getta lub nocleg w mieście.
Tak więc dziennie przewijały się dziesiątki ludzi przez punkt Alka. Coraz więcej było gotowych, coraz to nowi się zjawiali. Sieć mieszkań rozbudowywała się wciąż gęściej. Kiedy Irka zajechała do Krakowa, wysłano ją natychmiast na punkt w Dębicy56.
Piątki formowały się. Czekano tylko na hasło z lasu. Hasło jednak nie nadchodziło. Czekano bezustannie. Aż pewnego piątkowego poranku zjawili się w Krakowie Zygmunt i Adaś. Byli trupio bladzi. Zgłosili się do Alka. Zażądali natychmiastowego widzenia z Dolkiem i Markiem. Skontaktowano ich bezzwłocznie.
Poranek był ponury, duszność jakaś przesycała powietrze. Ołowiane chmury wisiały nad miastem.
Powinny się były nieba rozpłakać, ulice zasnuć kirem, ze wszystkich gardzieli miał się ozwać krzyk rozpaczy. Ze wszystkich oczu trysnąć łzy. A tu nic.
Tłumy przewalały się przez ulicę. Przechodnie w pośpiechu trącali się, popychali. Jeden nie zwracał uwagi na drugiego. Gnała ich przed siebie codzienna troska o chleb, walka na nerwy, bezcelowy byt. Pod jej ciężarem uginał się mały człowiek, nachylał do ziemi, łamał niemal cały.
A między tymi tłumami posuwało się dwóch młodzieńców twardym krokiem. Szli powoli. Opuścili zasępione czoła, wzrok wbili w bruk. Posuwali się krok za krokiem. Serca w nich biły cicho. Oto wracali z żałobną wieścią. Przed jasne oblicza towarzyszy mieli rzucić, niby krwawy plon, smutne, ociekające krwią słowa.
Wyjechali we czwórkę: Benek, Adaś, Zygmunt i Ignaś. Zajechali w lasy, zaszyli się w odludzie. Znaleźli odpowiedni teren. Tu rozbili namioty. Rozpoczęła się praca. Całymi dniami robili pomiary, rysowali mapy: zorientowali się w okolicy, zbadali obiekty działania, ustalili bazy operacyjne. Nakreślili punkty wypadowe, spenetrowali całą okolicę w promieniu kilkunastu kilometrów. Rozbudowali schrony, przygotowali grunt pod pracę. Byli wyłącznie w lesie. To był ich cały świat. Nie wydalali się stąd ani na krok, do wsi nie chodzili. Znali tylko jednego czy dwóch gospodarzy na skraju lasu. Co kilka dni zaglądali w pojedynkę do wsi, zaopatrywali się w żywność i ukradkiem wracali do boru. Wieś była niebezpiecznym terenem. Czujność była tu wzmożona, okolica zdawała się wyludniona, drogi były puste, głucha cisza panowała tu dniem i nocą. Każdy, kto się znalazł pomiędzy chatami, był podejrzany. Strach tu panował przed partyzantką. W każdym obcym dopatrywali się powstańca, jeśli nie desanta57. Żadne dokumenty nie mogły wykazać wtedy niewinności. Podejrzenie było równoznaczne z wyrokiem. Sami chłopi poruszali się we wsi niepewnie.
Chłopcy nie [zatarte] zresztą ku osadzie. Było im dobrze w lesie, nie tęsknili za ludźmi, za gwarem, za zbiorowiskiem. Wśród pracy mijały dni. We wtorek wyczerpały się zapasy. Trzeba było zajrzeć do wsi. O zmierzchu wybrał się Benek z Ignasiem. Nim wyłonili się z lasu, otulił ich gęsty mrok. W szarej mgle jesiennego wieczoru dostrzegli nagle małą chatynkę. Wsunęli się do niej ukradkiem.
Usiedli za stołem, w izbie panował mrok. Kaganek kopcił pod ścianą. Gdzieś tam ćwierkał świerszcz. Nie mówili słowa.