Wtem rozległo się ostre pukanie. W drzwiach stanął żandarm, za nim policjant. W sionce zamajaczyła trzecia postać. Któż to znów? Leśniczy, z ramienia zwisa mu karabin.
Jest ich trzech przeciw dwóm... Widocznie mrok nie osłonił chłopców dostatecznie. Dostrzeżono ich w drodze. Donos poszedł szybko.
Ustawili się rzędem, wszyscy trzej chwycili karabiny w dłoń. Stali w pogotowiu.
Chłopcy ani drgnęli. Siedzieli z rękami w kieszeni. Obojętnie patrzyli na przybyłych. Może nawet udawali zdziwienie. Niby, że nie widzą związku przyczynowego między ich tu obecnością a przybyciem tamtych uzbrojonych.
Obliczali szanse. Przewaga tamtych była bezsporna. Rzucić się na nich byłoby szaleństwem. O otwartej walce nie ma mowy. Trzeba raczej upatrzyć odpowiedni moment. I czekać.
Czekali spokojnie. Cisza aż dźwięczała. Mierzyli się wzrokiem. Światło migotało spod ściany.
— Wstać! — ryknął żandarm.
Podnieśli się ociężale.
— Dokumenty!
Powolnym ruchem sięgnęli do kieszeni. Niedbale wyłożyli papiery na stół. Nie spieszyło im się. Grube łapska porwały je gwałtownie.