— Macie broń?

— Nie mamy!

— Zobaczymy zaraz!

— Zobaczymy — odburknął Benek.

Dwoje [zatarte] oczu przeszyło go dzikim wzrokiem.

— Zdjąć ubranie! — wrzasnął.

Benek pochylił się. Nad głową sterczały mu trzy spluwy. Zdawał się nie widzieć ich. Poruszał się powoli. Najpierw ściągnie cholewy. Którą wcześniej? Może prawą... Trochę opornie mu idzie. Coś się tam zacięło. Szarpnął mocniej. Jest! Wyciągnął spluwę.

Podniósł się gwałtownie. Huknął strzał. Trafił celnie. Wielkie cielsko żandarma powaliło się na ziemię. Krew trysnęła wokoło. Dwaj pozostali zastygli bez ruchu. Zdumienie obezwładniło ich. Zdrętwiałe ręce wpierały się w karabin. Skamienieli.

Padł drugi strzał. Tym razem mniej trafny. W prawe ramię policjanta. Zatoczył się i zawadził o ścianę; omdlał.

W tej chwili ocknął się trzeci. Chwycił krzepko broń. Skierował lufę w Benka.