Była decydująca chwila.
Ignaś stał z boku. Nie miał broni: na całą czwórkę były tylko dwie spluwy. Jedna została w lesie, drugą zabrali do wsi.
Stał bezsilny. Zacisnął pięści. Zagryzł wargi. Tylko patrzył. Widział wszystko, a nie mógł zrobić nic. To była chyba najcięższa chwila w życiu.
Jeszcze sekunda, a z tej lufy padnie strzał. Prosto w skroń Benka. Gdyby Ignaś miał teraz broń... — powaliłby trzeciego w mig i byliby ocaleni. Wycelowałby bez trudu. Ale zaciśnięte dłonie były puste. Więc tylko wzrokiem wbił się w leśniczego. Targana bólem, cała dusza zbiegła mu do ciemnych źrenic.
Oddychał ciężko. Życie Benka wisiało na włosku. Teraz, za chwilę, miało stać się to najokropniejsze. Zdawało się, że wieki mijają.
A to była maleńka chwilka, mgnienie oka zaledwie. Huknął strzał. Benek zachwiał się i padł. Stukot opadającego ciała otrzeźwił Ignasia. Była kolej na niego. Wyprostował się dumnie. Był gotów.
Cały wieczór czekali w lesie na ich powrót. Raz po raz wychodzili z meliny. Nadsłuchiwali. Północ minęła dawno. Noc była ciemna. Może zbłądzili? Zyga wyszedł na poszukiwanie. Wrócił znękany.
Nie ma rady. Trzeba czekać do rana. Zapomnieli o głodzie i zmęczeniu. Nie kładli się do snu. Niepokój wżerał się w nich coraz silniej. Ognisko zagasło, ziąb przeszywał ich na wskroś.
Świt zastał ich wyczerpanych do cna.
Nie ulegało żadnej wątpliwości. Coś się tam stało we wsi. Przymusili się jednak do spokoju. Postanowili czekać do południa. Godziny wlokły się w nieskończoność. Słońce wzeszło wysoko.