Cichaczem podeszli na skraj lasu. Posuwali się bezszelestnie. Nikogo nie było widać. Zdawało się, że wieś wymarła. Wtem ujrzeli z daleka chłopa. Poznali go. Wyłonili się ostrożnie z gęstwiny.

W tej chwili spostrzegł ich tamten. Zmrużył oczy tajemniczo, zasłonił palcem usta. Był to znak ostrzegawczy.

— Nie chodźcie, panowie, do wsi.

— A dlaczego?

— Węszą tam dzisiaj jak psy...

— Niby, że coś nowego zaszło?

— Ano. Wczoraj w mojej chałupie — zniżył głos — zastrzelili dwóch młodych zuchów.

Spojrzeli po sobie.

— Znaliście ich?

— Zachodzili do mnie czasem.