— A czemu wracasz tak późno? Tak się bałem, że coś złego zaszło.
— Miałam moc przygód i tyle chcę ci opowiedzieć.
— Oczywiście. Muszę wiedzieć wszystko, ale teraz mam jedną chwilę wolną — tu nachylił się nad jej uchem — jest posiedzenie. Rozumiesz? Później, wieczorem, wstąpię do ciebie i pogadamy. Teraz idź i wypocznij.
Przechodzili koło jakiejś żółtej kamienicy. Marek gwizdnął krótki sygnał. Z okna na pierwszym piętrze wychylił się Dolek7.
— Jest — zawołał Marek lakonicznie, wskazując na Justę. Posłali sobie z daleka serdeczny uśmiech. Nie mówili nic. „Tam pewnie odbywa się to posiedzenie” — myślała Justyna. I ogarnęło ją wzruszenie, coś jakby nabożeństwo dla tych narad, które jej się wydały jakieś wielkie i tajemnicze, dalekie i dla niej nieosiągalne. Sama od lat już należała do kierownictwa ruchu, brała udział w najpoważniejszych naradach. I dawno już minęły czasy, kiedy ogarniało ją święte drżenie na myśl o jakichś naradach. A przecież teraz poczuła się jakaś malutka, onieśmielona i z pewnego rodzaju pietyzmem zapytała:
— To tu się odbywa posiedzenie?
Marek nie odpowiedział. Ktoś stał blisko, za blisko, by swobodnie rozmawiać, więc tylko porozumiewawczo mrugnął okiem, a Justynie przeszło przez myśl: „Konspiracja”. Jakie teraz inne wszystko. Kiedyż to Dolek ostatni raz był w Wiśniczu8? Chyba, że dwa tygodnie temu. Kilka dni po rozwiązaniu placówki w Kopalinach9 przyjechał. Właściwie wzywano go, bo w pierwszej chwili, kiedy utracono punkt, zdawało się, że trzeba coś przedsięwziąć, że musi się go stanowczo odbudować albo zdobyć inny w okolicy. Ale on przyjechał i potraktował sprawę z zupełnym spokojem.
— Nie ma czego żałować — mówił. — Te Kopaliny to był sen, z którego i tak trzeba się obudzić. Mógł trwać może tydzień jeszcze lub dwa, ale to już i tak musiało się skończyć. Więc czegóż wam żal? Tych dwóch tygodni? Moi kochani, za miesiąc i tak nie będzie śladu z siedzib ludzkich, co od setek lat wrosły w swoją glebę. My się tylko cieszyć możemy, żeśmy tak pięknie i twórczo spędzili lato. A któż wie, czy ono nie jest ostatnie.
Potem miedzami — był cudny poranek — poszli w dół, gdzie pola łagodnie opadały ku strumieniowi. Cicho było i błękitno. W dali żniwiarze pobrzękiwali kosami. Spokój, niczym niezmącony, osiadł na ścierniskach. Siedzieli we czwórkę. Antek10, Dolek, Marek i Justa. Padały słowa — przysięgi. O tym, że pójdą i oddadzą się bez reszty. Że już za późno chwytać się tego, co mija, co bezpowrotnie się kończy. Że darmo się chwytać przeszłości, że życie trwa tylko dziś, a jutro jest niewiadome.
Albo że jedno jest wiadome — że jutra dla nas nie ma. Więc póki trwa jeszcze dziś — trzeba tworzyć. Boże! Tworzyć? Niszczyć, niszczyć, niszczyć, ile sił tylko w młodych mięśniach pozostało. Bo tylko w niszczeniu jest nasza moc. Tego jednego jeszcze warto się imać. Wszystko inne przemija — tylko to, co zniszczymy, pozostanie.