Paradoks to był, jakich mało. Oni, młodzi, silni, w których mocy było światy budować, którzy od lat dzień w dzień wznosili gmach wiary w prawego człowieka — teraz mieli uwieńczyć swe życie przelewem krwi, dywersją, sabotażem, przewrotem, niszczeniem, zagładą...
W dali kosiarze równymi, spokojnymi ruchami pochylali się i podnosili, a słońce powoli toczyło się po błękitnym niebie. Dziś, po dwóch tygodniach — są już na drugim etapie! Wtedy to było postanowienie — dziś się rozpoczęła praca. Może nie praca sama w sobie, ale część przygotowawcza. Już nie na tle łąk i skoszonych pól, ale wśród czterech zakonspirowanych ścian toczą się narady.
Justyna nie orientuje się, jak sprawa stoi. Ale wie, że wszystko ruszyło już z miejsca. Kiedy Marek przyjdzie do niej wieczorem, dowie się może tego i owego. Na razie musi posłusznie iść do domu.
Po chwili już ktoś inny obejmuje ją serdecznie. Przed nią stała Hanka11, siostra Anna, opiekunka i wprost matka wszystkich strapionych i cierpiących.
— Masz nogi zupełnie opuchłe — zawołała od razu. — Zdejm te ciężkie buciki i wdziewaj moje drewniaki. I to szybko!
Stoją wśród trotuaru12, hamują ruch uliczny, bo Hanka uparła się, że Justa musi zmienić obuwie.
— A teraz chodź do domu i marsz do łóżka, wyglądasz jak z krzyża zdjęta, takaś umęczona!
— Hanuś kochana, już rok blisko nie widziałam cię! — mówi Justyna, wzruszona.
— Nic się nie zmieniłaś, dziewczyno, nic, choć wychudłaś ogromnie!
I cieszą się sobą, i mówią jedna przez drugą, pytania mijają się z odpowiedzią, a oczyma obejmują się serdecznie.