A tu wciąż nowi ludzie podchodzą, nowe uściski dłoni, nowe słowa powitania, a poprzez nie bije jedna wspólna, choć nie wszystkim jeszcze jasno uświadomiona, myśl, że spotykają się teraz, jakby na przełomie, jakby o zmierzchu jednej, a u świtu drugiej, nowej w ich życiu epoki.


Justyna podrywa się. Zawsze, kiedy myśl jakaś wzbiera w niej, coś ją ponosi, coś nie pozwala tak spokojnie trwać w bezczynności, gdy tyle wielkich rzeczy czeka spełnienia.

— Jutro wstanę — postanawia. — Dość już wypoczynku, trzeba się zabrać do roboty13.

Mijały dni, a Marek nie wracał. Te chwile wyczekiwania na powrót były najstraszniejsze, wprost koszmarne. Kiedy Justyna, leżąc w łóżku, myślała o tym, że powinien już był wrócić, uświadomiła sobie w całej pełni ciężar zadania, jaki wzięli na siebie. Nie byli pierwszymi w dziejach ludzkości powstańcami, nie oni pierwsi chwytali za broń, aby obalić stary porządek rzeczy. Od wieków, od najdawniejszych czasów, jakie historia pamięta, zawsze była garstka szaleńców, co porywali się z motyką na słońce i szli śmierci na przeciw.

Byli młodzi i rzeczą niemal naturalną był fakt, że obrali drogę rewolucyjną. Ale też byli Żydami — i tu była istota zagadnienia. Tu tkwiła najtragiczniejsza trudność zadania.

Trzeba się cofnąć do średniowiecza, żeby zrozumieć, co to znaczy ograniczyć człowieka do ostateczności, wyrugować ze wszystkich dziedzin życia, odsunąć od wszelkich zdobyczy świata cywilizowanego, zamknąć po prostu w klatce z drutów kolczastych i powiedzieć mu: „tu siedź i czekaj na śmierć, którą ci sami zgotujemy”. A może nawet i średniowiecze nie znało tej pętli, która się coraz bardziej zaciska dokoła szyi człowieka, aż wreszcie skazaniec na niej zawiśnie i nie kona wcale, tylko dusi się, dusi, w pełni świadomości, że nie wydostanie się z niej nigdy. Któryż to zresztą z kodeksów świata znał tyle zakazów, tyle ograniczeń, tyle przepisów, za których przekroczenie niezmiennie należała się kara śmierci! To prawda, że tę śmierć zadawało się bez prawnej przyczyny, ale jeżeli ktoś usiłował wyrwać się ze szponów zagłady i bronić się normalnym prawem do życia, czekał już na niego najeżony wyrokami śmierci najstraszniejszy kodeks świata. Kto opuścił mury getta14, ten zasłużył na karę śmierci. Kto pokazał się na ulicy bez biało-niebieskiej opaski na prawym ramieniu — ten zasłużył na karę śmierci. Kto wszedł do tramwaju, dorożki, pociągu, autobusu — ten zasługiwał na karę śmierci.

Nie trzeba wcale stać się rewolucjonistą, żeby narazić się na śmierć. Wystarczyło być sobą, wystarczało zrobić jeden krok, żeby wpaść w pułapkę, perfidnie nastawioną na Żyda.

W getcie można było tylko skonać lub czekać biernie na wysiedlenie i skończyć gdzieś w kaźni gazowej. Kto jednak chciał czegokolwiek dokonać, ten musiał wyjść z dzielnicy — i tu już rozpoczynała się najcięższa z walk.

Tak łatwo było powiedzieć: „uciekajcie przed wysiedleniem!” A przecież jak się wydostać zza kolczastego drutu obstawionego policją? Jak postawić pierwszy krok na wolnej ulicy? Dojrzą opaskę na ramieniu i — już kula w łeb. Zrzucić ją? Kiedy spostrzegą, jak zsuwa się ta biała symboliczna opaska, wydadzą człowieka wprost w ręce policji. Gdyby się ukryć w najciemniejszej nawet bramie i tam dokonać tej zasadniczej zmiany dekoracji, ktoś tam zawsze dostrzeże, że wszedłeś do bramy Żydem, a wyszedłeś niby — kto? No, niby kto? Bo, żeby po stokroć zrzucić opaskę, musiało się być sobą nadal. Było się po prostu Żydem — bez opaski. Zdradzało się swoje żydostwo każdym poruszeniem pełnym niepokoju, każdym krokiem niepewnie postawionym, pochyleniem pleców, na których — zdawałoby się — legło jarzmo niewoli, spojrzeniem jakby szczutego zwierzęcia, całą postacią, twarzą, oczyma, na których getto wycisnęło swe piętno. Było się po prostu Żydem, nie tylko przez kolor oczu, włosów, cery, przez kształt nosa, przez swoją rasę. Było się nim przez brak tupetu, pewności siebie, przez akcent mowy, przez sposób wyrażania się, przez odrębne zachowanie i Bóg wie, przez co jeszcze. Byłeś nim dlatego po prostu, że wszyscy chcieli go widzieć w tobie, wszyscy na cię chcieli szczuć i nie mogli znieść, że uciekasz przed śmiercią. Na każdym kroku zaglądano w oczy, bezczelnie, podejrzliwie, wyzywająco, aż się biedny człowiek mieszał, oblewał rumieńcem, spuszczał wzrok — i okazywał się Żydem. Więc nim się wydostał na pierwszą stację kolejową, już miał za sobą cały szereg bitew rozegranych wzrokiem, szereg bezsłownych zmagań z nieprzyjacielem ukrytym w każdym przechodniu, nierzadko kilka przepraw z szantażystą, potem w kieszeni ledwie pozostawały pieniądze na podróż do najbliższego miasteczka. A gdy dotarł wreszcie do upragnionej stacji, znajdował się nagle pod obstrzałem spojrzeń ludzi umundurowanych. Liczne formacje policyjne wypuszczono po to tylko, by tropiły zamaskowanych Żydów. Tajniacy, Niemcy, Ukraińcy, wśród których właśnie pobratymcy faszystowskich elementów grali pierwsze skrzypce. Ileż zimnej krwi trzeba było zachować, żeby dumnie, z głową podniesioną, przejść przez westybul15, ostro odpalić natrętne spojrzenie tajniaków i ze swadą wedrzeć się do wagonów. A tu dopiero rozpoczynało się panowanie motłochu. Przed oczyma tych warstw, wyzutych z wszelkiej subtelności, nie sposób było uciec. Prześwidrowali oni każdego na wylot, w każdym wywąchali Żyda, żeby go natychmiast oddać policji lub w najlepszym wypadku dręczyć, szantażować, grozić, aż w nim do reszty osłabnie duch i będzie pragnął śmierci jako najwyższego zbawienia.