Nierzadko — przy największym wysiłku nerwowym — udawało się zmylić ślad. Ale nigdy nie można było uniknąć najprzykrzejszych rozmów, burzących krew w żyłach człowieka. O czym? O Żydach. Że dobrze im się stało. Że czas już najwyższy. Że słusznie ich kara spotkała; że uciekali, ale na szczęście ich schwytano. Że chcieli zabrać ze sobą złoto, ale im na czas odebrano... Gadki, podłe oszczerstwa, nikczemne kłamstwa, a nade wszystko radość, niska, zwierzęca wprost radość z tego, że giną setki tysięcy dzieci, kobiet, starców. Jak hieny, co wypatrują padlinę, tak oni czekali na mienie żydowskie, na domy pozostawione bezpańsko, by rzucić się na nie i grabić, rabować...
A tu w kącie wagonu siedzi człowiek, który jeszcze nie przebolał straty swych najdroższych i ani jeden mięsień nie śmie drgnąć na jego twarzy. Bo jeśli zdradzi wzburzenie lub ból, ho, ho, to to na pewno jest Żyd. Więc wewnątrz tam krew się burzy w człowieku, a z zewnątrz nosi kamienną maskę i ani na chwilę nie wolno mu uchylić przyłbicy, bo — biada mu!
Kto odbył jedną taką podróż i wyszedł z niej cało, ten słusznie mógł opowiadać odyseję o swych przeprawach. Dla innych podróż była przedsięwzięciem bardziej lub mniej wygodnym. Dla Żyda każde wyruszenie na krok za drutami było przedzieraniem się przez ogień bojowy i — jak na froncie, tak i tu — mógł osłaniać człowieka tylko przypadek. Przypadek i wewnętrzna siła człowieka. O tę to siłę — by wreszcie zahartować ją w sobie — trzeba było przejść olbrzymi proces myślowy, w którym można się było oczyścić i podnieść lub spodlić się i upaść. Droga była wąska i śliska, wielu się na niej potykało i usuwało w przepaść poniżenia. Jak łatwo było popaść w uczucie pogardy dla siebie samego! Czyż więc mogli poniżyć się tak dalece, by kryć się ze swoim żydostwem, oni, którzy od lat z dumą obnosili się ze swym imieniem i butnie stawiali czoła tym, co odważyli się rzucić zniewagę Żydowi? Oni, którzy całą swą beztroską młodość oddali sprawie żydostwa i w jego odrodzeniu widzieli sens swego życia, oni mieli teraz, choćby przez chwilę, zaprzeć się siebie i tchórzowsko ukrywać swe pochodzenie?
To była jednak konieczność, nieunikniona konieczność, bez której nie posunęliby się ani o krok naprzód. Więc pokonawszy w sobie pierwszy bunt, który kazał odsłonić przyłbicę i rzucić motłochowi wyzwanie, postanowili zamaskować się. Nie było rzeczy, której by się nie chwycili dla osiągnięcia celu. Każdy środek stawał się święty wobec wielkości zadania. Nie to, że pozornie zaparli się siebie. W gruncie rzeczy wzmogła się ich osobowość, spotęgowała, po prostu — dusza ich się ustokrotniła. Czym bardziej rozpierała ich od wewnątrz duma, czym skrzętniej ukrywali swoje żydostwo, tym większa w nich była radość, że są Żydami i pozostaną nimi do ostatniej chwili życia. Nigdy, ani przez chwilę, nie błysnęła im taka myśl, że gdyby nie to żydostwo, nie staliby teraz nad przepaścią. Nie żałowali tego i tylko to ich napełniało goryczą, że nie mogą otwarcie wystąpić i jako Żydzi swą walkę prowadzić. Jedynie otwarta walka dałaby im pełne zadośćuczynienie. Wierzyli jednak, że kiedyś taka chwila nastąpi i w jej oczekiwaniu działali na razie w ukryciu.
Była to odwrotna strona ich konspiracji, a właściwie pierwsza jej część. Inni mieli ukryć swą działalność i wszystko, co jej podlegało — oni musieli zakonspirować siebie, swoje pochodzenie, swój wygląd, obyczaje, mentalność, swoje myśli, drogie i od lat w duszy pielęgnowane, a po tym dopiero swą pracę. Czy ktoś kiedykolwiek zdoła zrozumieć tę gromadę szaleńców, co jako ludzie i Żydzi już dawno nie mieli prawa jeść, a żyjąc wbrew temu prawu czy inaczej bezprawiu — chwytali za broń? Przecież wystarczyło ukazać się na ulicy, jeszcze bez broni w kieszeni, bez jakichkolwiek partyzanckich zamiarów, by wpaść. Czy ktoś kiedykolwiek zrozumie strach rewolucjonisty przed potknięciem się, nim jeszcze wyruszy w teren? Czy ktoś pojmie obawę przed śmiercią, która nastąpić może, zanim dokona się czegokolwiek dla sprawy? Przecież nikt z nich nie bał się śmierci, ale wszyscy się obawiali tego, że zostaną pojmani za wcześnie, że wpadną w ręce władz przez jakąś drobnostkę, a nie przez prawdziwą robotę. I jeśli mieli jeszcze osobiste pragnienie — to tylko, żeby umrzeć godnie, żeby nie znaleźć się w głupiej sytuacji, żeby zginąć w walce.
Ku temu więc szły pierwsze ich wysiłki, jak zamaskować się. Charakteryzacja, ubiór, typ — oto, co stało się ich codzienną troską. Fizjonomia16 i zewnętrzny wygląd stał się sprawą tak poważną, że niemal wszystkie kryteria wartości człowieka uległy zmianie. Ten, kogo cechowała prawdziwa odwaga i męstwo, nie był jeszcze wystarczającą wartością, skoro nie posiadał jeszcze odpowiednich warunków zewnętrznych. Ostatecznie umieli sobie dzielnie z tym radzić. Pomagała im w tym młodość i duma, jakiej im nie brakło. Na ich świeżych obliczach getto nie zdołało wycisnąć niewolniczego piętna. Opuszczali dzielnicę z hardo podniesionym czołem, szli przed siebie mocnym, prężnym krokiem, stąpali z taką pewnością siebie, że zmuszali innych do zejścia im z drogi. Nikt w nich nie wyczuwał ludzi szczutych, nikt nie odważyłby się poniżyć ich lub rzucić obelżywe słowo. A przecież ich bezpieczeństwo osobiste wisiało na jednym włosku. Wystarczyło jedno wspomnienie, jedna refleksja, aby czoło zasępiło się momentalnie, oczy zasnuły się jakąś mgłą, na rysach osiadł dziwny smętek — i piętno zgnębionego żydostwa wyryło się na całej postaci. W takiej chwili nie uratuje człowieka ani płowa czupryna, ani siwe oczy, ani nos zadarty, bo poprzez wszystko zewnętrzne wybija się z całą mocą dusza żydowska, której już nic nie zdoła zataić.
Zresztą takich słabych momentów bywało więcej. Ileż to pięknych dziewcząt zwracało na siebie uwagę swą egzotyczną urodą! Na darmo rozjaśniały swe kruczoczarne warkocze; ciemne oczy zachowywały swój tęskny wyraz i były zawsze świadkami ich niezwykłej, semickiej piękności. Za każdym zakrętem, na każdym przystanku tramwajowym kryło się niebezpieczeństwo. Tu dawny znajomy, tu szantażysta, tu tajniak, tu znów policjant o zbyt wnikliwym wejrzeniu, tu wreszcie rewizja osobista, słowem — każda droga najeżona przeszkodami, przez które trzeba przedrzeć się niczym przez puszczę dziewiczą. Bo też dziewiczy był dla nich ten teren. Nigdy dotąd nie odgrywali w życiu żadnej „roli”, byli zawsze i wszędzie sobą. Toteż, nim jeszcze wkroczyli na drogę czynnej walki, rozpoczęli swoją odrębną walkę, którą z góry już mogli przypłacić życiem. Można było — i trzeba było — swą rolę grać do końca. Ileż to razy, już w rękach policji, trzeba było szamotać się i wypierać swego żydostwa do ostatka. Ale ile też siły potrzeba do tego!
Najczęściej nerwy naprężone nie wytrzymywały dłużej i pękały w decydującej chwili jak postronki. Więc w tym ostatnim momencie przychodziła desperacka myśl: żyłem jako Żyd, więc umrę jako Żyd! Już cisnęły się na usta słowa przyznania, ale nagle nowa refleksja kazała ratować się, raz jeszcze ratować się dla dobra sprawy i nerwy napinały się na nowo, by zwyciężyć ostatecznie.
W większości wypadków jednakże decydował przypadek, a tu trudno było mówić o zwycięstwie. A teraz, skoro Marek nie wraca, niepokój wciąż wzrasta w Justynie. Wczoraj wprawdzie nadszedł ostatni telegram — do chwili obecnej ileż mogło się zdarzyć. Nie trzeba godzin na to, wystarcza jedna sekunda, jedno mgnienie oka, aby wszystko, wszystko przepadło. Ktoś spojrzy na niego, ktoś pomyśli: „znam tego człowieka” — i już się stało!
Czy koniecznie muszą go przyłapać na tym, jak opuszcza zakonspirowane mieszkanie łącznika lwowskiego17? Czy koniecznie muszą przy nim znaleźć broń lub bibułę18? Ależ nie! Wystarczy, żeby znaleźć w nim jego samego, odkryć w nim to, co w nim najistotniejsze — po prostu poznać w nim Żyda.