Jeden moment, jeden błysk oczu i wszystko stracone!

Justyna chowa głowę pod kołdrę, żeby uciec przed obrazami, które natrętnie narzucają się jej wyobraźni.

Nie, Marek się nie podda! On nie jest z tych, co się poddają! Już przeszedł przez niejeden ogień, już się w niejednym niebezpieczeństwie zahartował. Od trzech lat, od chwili wybuchu wojny, nie zaznał chwili spokoju. W ciągłych rozjazdach, w bezustannych tarapatach, tak w sobie wyostrzył bystrość i hardość, że żadna sytuacja nie zaskoczy go; z każdej wyjdzie zwycięsko.

„Powinnam być zupełnie spokojna” — myśli Justyna...

I wnet przypomina sobie, że jeśli się niepokoić, to raczej o tych wszystkich, którzy bez przygotowania puszczają się teraz w drogę, a nigdy nie wiadomo, czy wrócą.

Mimo to nie ma w nich wahania ani żadnych wątpliwości. Idą odważnie i bez zastanowienia.

A jeśli rzucają na pożegnanie swe odwieczne „morituri te salutant19, to czynią to tak radośnie, że nieraz zdawałoby się: te dzieci nie uświadamiają sobie grozy położenia. A przecież każde z nich przeżyło już to najgorsze, każde z nich już kilkakrotnie otarło się o śmierć.

„Boże jedyny — myśli Justyna — właściwie nie zrobiliśmy jeszcze niczego. A ile energii zużyło się. Gdyby zreasumować wysiłek, na który zdobyliśmy się dotychczas, by stanąć tu, w Krakowie, i oświadczyć swoją gotowość, to suma byłaby tak wielka, że można by niejedną bitwę stoczyć przy jej pomocy. Każdy już kilkakrotnie przeżył siebie samego, a to dopiero początek!

Stanęliśmy dopiero na punkcie zbornym i czekamy na rozkazy. To istotne dopiero nastąpi. A gdybyśmy tak — myśli w dalszym ciągu — nie zdołali dokonać niczego więcej, czy to mało? Czy miarą naszego czynu będzie wysiłek czy efekt końcowy? A zresztą, wart jest sam fakt stawiania oporu, chociażby biernego, warto wprowadzić w błąd, choćby dla małego zadośćuczynienia”.

I przypomniała sobie słowa Marka, gdy „wysiedlenia” się rozpoczęły.