Nie załamali się. Nie podnieśli krzyku rozpaczy. Nawet łzy nie uronili. Tak musiało być. Zginęli śmiercią mężną. Zachowali zimną krew do ostatka. Postąpili jak prawdziwi żołnierze. Dwa strzały, które padły z rąk Benka, były rozważnie obliczone. Nikt nie postąpiłby rozsądniej. Był tylko jeden błąd, że Ignaś nie miał broni. Ten zdecydowany, zacięty chłopak byłby dokończył dzieła. Wszak brakło tylko jednego strzału. On nie spudłowałby. Było ciemno, mogliby później z trzema zdobytymi karabinami zniknąć w jednej chwili. Zanim by się w okolicy spostrzeżono, już by ich dawno nie było.

Chodziło o jeden strzał. Wniosek był jasny: każdy, kto wyrusza w pole, musi mieć własną broń. Zapłacili dwiema ofiarami za tę bezcenną naukę.

Tak postawili swój pierwszy krok na swej własnej drodze. I nie cofną się z niej nigdy. Dwie ofiary były niby kamień węgielny podłożony pod wielki gmach. Kto rozpocznie budowę, musi ją dokończyć. Kto złożył ofiarę z dwóch dzielnych towarzyszy, musi w imię bohaterskiej krwi iść dalej szlakiem walki.

To prawda, że wewnątrz tam szarpał ból. Trzeba go jednak stłumić. Trzeba okrzepnąć. Zahartować się. Oswoić się ze śmiercią. Przywyknąć do niej. Będzie nas teraz coraz częściej odwiedzała.

Taka była ich odpowiedź.

W małym gabineciku Ewy, na miękkim tapczanie, siedzieli znów przy zamkniętych drzwiach. Nie spuścili głów, nie załamali rąk. Ostatnie słowa Dolka dźwięczały jeszcze w powietrzu. Cicha pogoda zdawała się opływać ich młode czoła. Milczeniem powitali Justynę. Spojrzeli na nią tylko i powrócili do swoich myśli. Usiadła bezszelestnie na rogu tapczanu.

Nie śmiała oddychać. Coś niby majestat biło od tej czwórki, skupionej w ciasnym pokoiku. Z boku, na nocnej szafce paliła się mała lampka. Rzucała słaby blask na ich twarze. Światła i cienie grały na bladej ścianie... Włosy, profile rysowały się ostrymi konturami. Nie poruszali się. Trwali w spokoju, w kamiennym spokoju. Wyglądali tak, jakby się więcej nic zdarzyć nie mogło. Bo cokolwiek by się zdarzyło, zniosą bez drgnienia. Na wszystko znajdą odpowiedź. Justa piła chciwie tę pogodę. Nie słyszała słów, które Dolek mówił przedtem półgłosem, ale kiedy wpatrywała się w te twarde cienie na ścianie, wiedziała już wszystko. Powoli i w nią wstąpiła cicha, głęboka pogoda.

Marek podniósł wzrok. Ocknął się. Zdawało się, że dopiero teraz spostrzegł żonę.

— Justa — powiedział szeptem — idź na górę do Heli. Ona tam czeka u Geny58 na wynik posiedzenia. Powiedz jej, że jeszcze dziś w nocy jedzie. Niech się przygotuje do podróży. Wraca do Rzeszowa. Tam ma czekać na Edwina, Emila59 i Harry’ego lub na wiadomość od niego. Niech się trzyma dzielnie.