— Dobrze — powiedziała i zerwała się do wyjścia.
— Jeszcze chwilę — wstrzymał ją — przed wyjściem z dzielnicy niech wstąpi tu. Dam jej pieniądze i ewentualnie wyjaśnienie. Mietek też jedzie dzisiaj, lecz do Lwowa, a nie do Rzeszowa. Jeżeli chce, mogą jechać razem.
Gena mieszkała w tej samej kamienicy. Justa wbiegła na trzecie piętro. Zastała je obie. Siedziały za stołem, zatopione w serdecznej rozmowie. Hela — jasna, rumiana, pulchna, Gena — blada, o pięknych, gładkich włosach. Cudnymi oczyma wpatrywała się w Helę. Słuchała nimi nieledwie. Nie wiedziała o tym, co się stało. Nikt nie powinien był na razie wiedzieć. Justa pochyliła się nad Helą i ucałowała ją gorąco. Poczuła na szyi jej uścisk. Hela przytuliła się do Justyny.
„Więc cierpi jednak” — pomyślała Justyna. Nikt by po niej tego nie poznał, gdy żywo opowiadała Genie o swoich historiach. Umie się trzymać dziewczyna. Justa poczuła szacunek dla Heli i spojrzała jej w oczy. Napotkała jej smutny wzrok, więc uśmiechnęła się do niej poważnie i przysunęła sobie krzesło. A Gena wyszła z pokoju.
Rozmawiały spokojnie i w tej przyciszonej pogawędce odnalazły swoją drogę. Były znów silne.
Nazajutrz było wszystko już na swoim miejscu. Hela w Rzeszowie na punkcie, Mietek we Lwowie. Od chwili powrotu Marka ze Lwowa kilkakrotnie wysyłano już tam [zatarte]. Otwierały się tam możliwości przejścia przez granicę węgierską. Był to odrębny problem, niezależny zupełnie od pracy partyzanckiej. Wciąż jeszcze w głębi nurtowało ich zagadnienie przetrwania. Sami [zatarte] tu zginąć w boju, nie mogli jednak znieść myśli, że pójdą naprawdę wszyscy.
Było to nie do pomyślenia, że wreszcie, kiedy nastąpi zawieszenie broni, kiedy zakończy się wojna, nie będzie już nikogo z nich. Nikogo, kto by był świadkiem tego, co się stało.
Gdyby zachować choć jedną małą grupę ludzi, którzy by później stali się żywym pomnikiem ruchu. W Palestynie60 ruch jest właściwą siłą, ale tam, na wschód, nie dotrze chyba nigdy wieść o tym, jak ginęli tu.
Chcieli, by Marek i Romek wysłali grupę ludzi przez zieloną granicę. Byli przecież tacy, którzy dla swego rasowego typu nie mogli być wykorzystywani w obecnej pracy. A z racji swej wartości duchowej mogli spełnić swe zadanie tym właśnie, że przetrwają wojnę. Sami nie opuściliby teraz towarzyszy za nic w świecie i tylko w walce widzieli swe życie [zatarte] byli za tym jednak, by przygotować choćby małą grupę do wyjazdu.
Dolek się sprzeciwiał. Stawiał sprawę na ostrzu noża: walka — albo ratowanie ludzi. Jeśli walka, to idziemy do niej wszyscy. Każda inna droga jest dezercją.