— Mów dalej, mów dalej; mów raczej o tym, jak sobie to wyobrażasz. Ja bowiem nie wierzę już w to, że można kogoś zachować przy życiu.

— A ja wierzę. Ale o praktycznej stronie mówić będę potem. Na razie jeszcze o założeniach. Niezależnie od tego, co mówiłem o ludziach wybranych, obdarzonych niejako iskrą bożą [zatarte], zabezpieczyć nasze rodziny. Powiadacie: rzucimy wszystko na jedną szalę. Ależ czy nie dość rzucić na nią swe własne życie? A my przecież składamy całopalenie z naszych rodziców, żon i dzieci. Jakżeż możemy skupić całą uwagę około pracy, jeżeli w każdej chwili czyha zagłada na naszych najbliższych i musimy do nich wciąż powracać myślą. Historia nie zna takich rewolucjonistów, którzy by rzucili na stos wszystko, wszystko, co im drogie. Powstańcy zawsze poświęcali siebie, ale spokojni byli o dom swój i rodzinę. Więc i my winniśmy zabezpieczyć nasze rodziny w najogólniejszych choćby granicach.

— Byłabym wam całą duszą wdzięczna, gdybyście to wzięli na siebie. I zdaje się, że nikt w kierownictwie nie podniósłby słowa sprzeciwu. Wszyscy raczej przyjęliby to z ulgą; przecież to nam wszystkim tak bardzo leży na sercu.

— Przedstawcie tylko praktyczny plan, zajmijcie się jego realizacją sami, a wtedy...

— Potrzeba nam ludzi do pomocy.

— Dostaniecie ich.

— Zaradnych, dzielnych.

— Nie brak nam takich.

— Poza tym: finanse.

Rozwinęli przed nią szczegółowy plan. Słuchała, zmęczona. Północ się zbliżała. Usiłowała iść za ich myślą. Ale nie tylko zmęczenie jej przeszkadzało. Coś się tam wewnątrz niej opierało przed tym nowym projektem. Coś w jej duszy mówiło, że to tylko fantazja.