— Powtórzysz to wszystko kierownictwu?

— Niechętnie, przyznam wam szczerze. Albowiem nie mam przekonania, a raczej nie wierzę, że się cokolwiek uda zrobić. I sądzę, że moje przedstawienie sprawy mogłoby wam tylko zaszkodzić. Byłoby bowiem tylko lichym sprawozdaniem. A dla każdej nowej myśli trzeba rozbudzić zainteresowanie...

— Trzeba rozbudzić zapał.

— Wy to zrobicie lepiej ode mnie.

— Słusznie.

— Niech więc Władysław zajedzie do Krakowa w tych dniach, a ja go skomunikuję z Dolkiem czy Markiem.

— Chodzi jednak o pośpiech, bo każdy dzień zwłoki może nas drogo kosztować.

— Rozumiem. Niech więc będzie pojutrze.

Na tym stanęło. Justyna wróciła do Krakowa. Smutek jej nie opuszczał. Nie mogła ani na chwilę zapomnieć o Benku ani o Ignasiu. Od trójki chłopców, co wyruszyli po złote runo, na razie też ani znaku życia. Powinni byli choć jednym słowem zawiadomić, gdzie są, a tu nic. Ani do Heli, ani do Krakowa nie dotarła dotychczas żadna wiadomość, choć minęły już dwa tygodnie. Coś się tam musiało stać. Można sobie wyobrazić tysiące sytuacji, w których znajdą się chłopcy nagle bez wyjścia. Nikt jednak nie chce dopuścić do siebie tej najstraszniejszej myśli, która przemocą wciska się do umysłu. Więc czeka się na wiadomość, na krótki, wesoły znak.

A Justa wciąż myśli o tej lawinie, co się ze szczytu stacza i przed którą nie można uciec... Nie można.