Ujęli się pod ramię i poszli do dzielnicy.
— Tak dobrze wracać do was! — wyrwało się Justynie i przycisnęła mocno jego ramię.
Było w tym krótkim zdaniu tyle ciepła, tyle miłości bezgranicznej, że Dolek bezwiednie odpowiedział jej równie szczerym uściskiem.
On ją zawsze najlepiej rozumiał ze wszystkich. Do niego tęskniła tak, jak do zacisznej przystani. Miał w sobie coś, co kazało natychmiast otworzyć przed nim serce, powiedzieć wszystko, co kładło się na nim ciężarem. A on tak słuchał, słuchał, nigdy nie przerywał i samym już słuchaniem zdejmował ciężar z serca. Potem mówił wiele słów prostych i kochanych i było tak, jakby się wróciło ze spowiedzi, jakby się oczyściło duszę całą. Czuł się potem człowiek jakiś lepszy, silniejszy, trudności zdawały się pokonane, cierpienia znikome, a życie jaśniejsze.
— Wiesz, Dol, ze wszystkim się jakoś potrafię uporać, tylko nie znoszę tych pobytów z dala od naszego środowiska. Jest mi tak źle, tak się duszę, kiedy wychodzę z dzielnicy i nagle otacza mnie świat nie mój. Przecież się w nim swobodnie poruszam, umiem się do niego przystosować, obeznana jestem z jego kulturą, mam odpowiednie warunki zewnętrzne i wszyscy traktują mnie niemal życzliwie, a ja duszę się, jest mi tak źle!
— Rozumiem to dobrze — Dolek dotychczas jeszcze pracował w dzielnicy, lecz środowisko rodzime żydowskie było mu drogie nad życie i sam nie umiał sobie wyobrazić przyszłości bez niego.
— Kiedy pomyślę — mówiła dalej — że tu znikną z powierzchni ziemi wszystkie skupiska naszego ludu, że śladu nie pozostanie po tym, co nam najdroższe, to, Bóg mi świadkiem, że pragnę tylko śmierci. Nie chcę być pogrobowcem, nie chcę żyć na gruzach naszego życia ludowego, nie chcę...
— Dziewczyno — odezwał się Dolek znienacka — tyle już we mnie wezbrało się buntu, że czasem... — zawahał się chwilę — czasem chciałbym być już zupełnie sam. Och, wtedy bym się już nie musiał liczyć, nikogo oszczędzać. Rzuciłbym się cały w bój i takie bym szerzył spustoszenie dokoła siebie, aż zginąłbym wreszcie spokojny.
Wysunął rękę spod jej ramienia. Przyspieszył kroku. Oddychał ciężko, energicznie wyrzucał przed siebie ramiona, jakby sobie torował drogę.
Mgła była coraz gęstsza. Światła nikły w niej zupełnie. Mijali most na Wiśle.