Justa spojrzała na Dolka z bólem. Był blady. Oczy iskrzyły mu się w ciemności, szczęki latały dziwnie. Znała dobrze ten wyraz jego twarzy. Taki był zawsze, gdy wewnątrz przewalała się w nim burza. To już nie był ten Dolek serdeczny i tkliwy, do którego wybiegali wszyscy, by ukoić swój ból. To był mężczyzna-bojownik, który w walce o największą sprawę na jedną kartę postawił wszystko, co ukochał, od matki począwszy, poprzez żonę, siostry, przyjaciół i poprzez własne swe, tak wiele jeszcze obiecujące, życie!
Justyna miała już urządzone mieszkanie67. W malowniczej willi zajmowała duży, przestronny pokój dwuokienny. Obok mieściła się kuchnia z werandą. Wszystko było urządzone skromnie, ale ze smakiem.
Całość mieszkania tchnęła zaciszem domowego ogniska. Kwiaty na stole, firaneczki w oknach, tu i ówdzie obrazek nadawały domowi swojskiego charakteru. Justyna grała rolę słabej, wątłej żony, która spędza złotą jesień w podhalańskiej wsi.
Mały Wituś bawił się beztrosko w ogródku, po południu zaś wychodził z ciocią na przechadzkę. Czasami płynęli oboje łodzią po cichych wodach Raby68. Wieczorem przyjeżdżał Marek. Wracał rzekomo z biura, po całodziennym dniu pracy. Jeździł tak dzień w dzień autobusem do Krakowa, aż go wkrótce wszyscy znali. Z czasem, jako pracownik poważnej firmy, stał się tak popularny wśród pasażerów, że ustępowali mu miejsca nawet wtedy, kiedy autobus był przepełniony. Byli tacy, którzy usuwali się przed nim z lękiem. Jego marsowe oblicze, ostry wzrok, stanowcza postawa kazały domyślać się w nim człowieka, który z racji tajnej współpracy z rządem jest w swej pozycji niezachwiany. I raczej może grozić [zatarte] niż pozwolić się przez kogoś zaatakować. Był więc przedmiotem zainteresowania ludzi rozmaitego typu, ale przy tym bardzo tajemniczy. Więc usuwano się przed nim dla własnego raczej bezpieczeństwa. Nikt oczywiście nie byłby przypuszczał, że jest Żydem i że każda jego podróż ma na celu pracę wywrotową. Podobnie jak nikt by nie podejrzewał, że w przytulnie urządzonym mieszkaniu wśród lasów mieści się cały aparat technicznego biura.
W kącie pokoju, opodal okna, stało wprawdzie biurko z rozmaitymi przyborami biurowymi. Nie brakło tu niczego, nawet maszyny do pisania. Urządzone wszystko było tak, że nie powstydziłoby się tego żadne poważne biuro. Nic jednak nie mogło budzić tu podejrzenia. Gospodarze i sąsiedzi wiedzieli już dobrze: pan, chcąc uprzyjemnić żonie pobyt na wsi, przywozi sobie od czasu do czasu robotę z biura, przez co zyskuje w tygodniu dzień lub dwa urlopu. I nikt się już nie dziwił, że tak niestrudzenie jeździ tam i z powrotem; widocznie państwo mogli sobie pozwolić na kosztowne życie.
A tymczasem u rzekomych państwa, od których zewnętrzny dobrobyt odwracał wszelkie podejrzenia, toczyło się podziemne życie.
Stało ono pod znakiem podwójnej konspiracji. W pierwszej Witek odgrywał podwójną rolę. Wychowany w narodowym duchu żydowskim, umiał cudownie nie wyrzec się tego, a ukryć to bacznie przed oczyma świata. Miał zaledwie sześć lat, a już rozumiał, że jest Żydem i chce nim pozostać. A tylko teraz przejściowo musi się z tym ukrywać. Z niezrozumiałą wprost bystrością opanował cały materiał konspiracyjny.
I nie tylko sam umiał utrzymać języczek za ząbkami, ale i wszystkich trzymał w karbach. Nie pozwolił użyć ani jednego słowa, w którym by się kryło drugie znaczenie. Był rozsądniejszy od wszystkich, a przy tym nie tracił swej godnej postawy żydowskiego dziecka. Tęsknił więc za swą tradycją i, choć nie brakło mu rozrywek, jakiś smutek padł na tę dziecięcą, wrażliwą duszyczkę. Ilekroć wujaszek wyjeżdżał do Krakowa, prosił go:
— Ale babuni nie mów, jak my tu żyjemy, bo ja się babci bardzo wstydzę.