W drugiej konspiracji odgrywał swoją rolę, choć się maleństwo niczego nie domyślało. Swą dziecinną swobodą rzucał na dom tyle światła i radości, że nikt nie domyślałby się, co się pod pozorami kryje.
Dni mijały zazwyczaj w atmosferze domowej istotnie. Dopiero wieczorem rozpoczynało się prawdziwe życie. Wituś już spał zazwyczaj, a jeśli bardzo pragnął czekać na powrót wujaszka, zjadano pospiesznie kolację i układano go do snu. Teraz dopiero Marek opowiadał wszystko, co się dzieje w ruchu. Justyna chłonęła w siebie jego opowiadania i żal jej było, że jest tu zagrzebana w tym zaciszu wiejskim, podczas gdy tam tyle się wielkich spraw rozgrywa. Ale tu była potrzebna, tu każdego dnia, w każdej chwili, spełniała swe zadanie.
Po kolacji, gdy uciszało się dokoła, gdy światła pogasły już we wsi, siedzieli we dwoje przy pracy. Okna były szczelnie zaciemnione, drzwi na klucz pozamykane. Na biurku ukazywały się wszystkie materiały i praca szła w szybkim tempie. Nieraz pracowali tak do drugiej, trzeciej po północy. Przed szóstą trzeba było znów wstać, by Marek zdążył do autobusu na siódmą. Praca więc wyczerpywała ich oboje, szczególnie Marka. Po nieprzespanych nocach musiał jeździć, być nadal mocnym, pewnym siebie i nie okazywać zmęczenia.
O dwadzieścia minut drogi mieszkała Hanusia69. Powinna była trzymać się od nich z daleka, oba punkty bawienia we wsi stanowić miały niezależną od siebie całość. Jakżeż jednak mogła Hanusia usiedzieć w swej willi samotnie, kiedy tam o kilkaset kroków była Justyna z Witkiem? Nie wiadomo, jak określić ich stosunek wzajemny, czy przyjaźnią czy miłością siostrzaną. Przez długie miesiące tęskniła Hanka do Justyny, a kiedy groza nędzy i beznadziei warszawskiej coraz straszniej kładła się na jej duszy, wysyłała swe myśli ku Juście jak ku jakiejś jasnej krainie spokoju. I teraz wreszcie, po półtorarocznej rozłące, były znów razem. Więc też wykorzystać chciały każdą chwilę i Hanusia przybiegała do nich co dzień wczesnym rankiem i pozostawała do późnego wieczora. Wobec otoczenia znaczyło to, że pomaga pani w prowadzeniu gospodarstwa, w wychowaniu Witusia.
Dla nich samych zaś były to chwile zlewania się w jedną całość, spotykaniem utęsknionych, przyjaźnią dusz.
Hanusia była przy tym łącznikiem Marka. Materiał wykonywany po nocy musiał się zawsze następnego dnia dostać do Krakowa. A Marek nie powinien być zbytnio obarczony.
Ładowała więc Hanusia jabłka, jaja, grzyby do koszyka, wdziewała chusteczkę i wsiadała do auta, niby jadąc na targ.
W ten sposób przewoziła materiał, jadąc nieraz przy boku Marka, a nie znając go pozornie. W południe wracała na wieś, a Wituś już z daleka spostrzegał ją poprzez las i biegł jej naprzeciw. Hanusia była w jego pojęciu takim członkiem rodziny jak wujek albo Justyna.
Był wieczór niedzielny. Wituś i Justa nakrywali stół do uroczystej kolacji. Niecierpliwie czekali, aż Marek i Hanusia powrócą. Ósma już dawno minęła. Wreszcie skrzypnęło coś na werandzie i w drzwiach ukazała się Hanka.
— Nareszcie! — zawołali oboje.