— Wracam sama.

— Czemu? — strach ścisnął Justę za gardło.

— Nie lękaj się. Marek musiał pozostać.

Justa odetchnęła.

— A dla mnie żadnej roboty nie przysłał?

— Nie; natomiast chce, byś jutro przyjechała do Krakowa.

Justa znów zbladła. Jej matka była wciąż jeszcze w dzielnicy. Długo trwało, nim Justa zdecydowała się wyjechać z Krakowa. Już tylokrotnie ślubowała sobie nie opuszczać matki. A tu sprawa domagała się swojego. Rozterka wewnętrzna toczyła ją bezustannie, a strach o ukochaną staruszkę, o największą świętość jej życia, nie dawał jej spokoju. Teraz zbladła, bo domyślała się już wszystkiego.

— Uspokój się — mówiła Hanka — zanosi się na „akcję” w Krakowie. Ale nie wcześniej niż w środę lub czwartek. Zdążysz na pewno zabrać mamusię, na pewno.

Justyna nie odpowiedziała.