Zdążyła na czas. Przy pomocy Elzy70 wywiozła matkę do Bochni71. Została tu do wieczora. Następnym pociągiem miała przyjechać Mira z rodzicami. Ostatnia Ewa ze swoimi.

Justa czekała na nich niecierpliwie. Kiedy wychodziła z matką z dzielnicy, było już trudno się wydostać. Lada chwila miało nastąpić zupełne zamknięcie getta. Była już ostatnia możliwość ratunku. Ani Mira, ani Ewa nie nadjechała. Justa nie wiedziała, jak to sobie tłumaczyć. Była jedna tylko możliwość: że „akcja” rozpoczęła się tego samego dnia.

Myślała o tym z przerażeniem. Przygotowani byli na środę. Do wtorku wieczorem mieli wszyscy pozostać w dzielnicy. Wszyscy bez wyjątku. Więc Dolek, Marek, Romek, Maniek i cała gromada młodych. Gdyby ich „akcja” zaskoczyła nagle, cała siła i przyszłość ruchu naraz zostanie zmieciona.

Z bijącym sercem wróciła rano do Krakowa. Niespokojnie rozglądała się po ulicach. Ruch uliczny byłby niecodzienny, jakąś zmianę czuć byłoby w powietrzu. Dzień był piękny, słońce — mimo jesieni — dogrzewało silnie. Wszystko szło swoim normalnym trybem, żadnego oddźwięku tego, co działo się w dzielnicy — zdawało się, że porządek rzeczy jest niezmieniony. Na rogu natknęła się na Mirę. Była w jasnej jesionce i brązowym kapeluszu; stała na ulicy, rozglądając się bezradnie wkoło.

— Co jest, Miruśka? — zrozumiała, że nie czas na uściski powitalne.

— Nic — odpowiedziała krótko swym dźwięcznym altem — „akcja” w pełnym toku.

„Więc jednak” — pomyślała Justa, a coś chwyciło ją za gardło. I zapytała głośno:

— A ty co robisz, Mira?

— Nie wiem sama. Wczoraj wieczór w ostatniej chwili wyprowadziłam rodziców z dzielnicy. Przenocowaliśmy w jakiejś fabryce. Teraz już muszę zabrać ich stamtąd, a nie wiem, dokąd... Mam tu adres. Może mi się uda wynająć jakiś pokój i przeprowadzić ich. Najgorsze to to, że nie wiem, gdzie Dolek.

— Jak to, nie wiesz?