— Musisz już iść?

— Muszę.

— Słuchaj. U Alka są dokumenty dla was wszystkich. Jak tylko się uda, przy pierwszej sposobności, wyrywaj z dzielnicy. Dostaniecie szczegółowe dyspozycje. Alek powie wam wszystko.

— Dobrze. Bywajcie!

— Bywaj! Trzymaj się! A wyrwij się z getta, póki czas. — Raz jeszcze obejrzała się za siebie, spojrzała na ich poważne twarze i zamknęła drzwi.

— Przyjdź, Miruś, do Alka, gdy załatwisz pokój dla staruszków. Będę tam czekała na Marka.

Do Alka było niedaleko. Mieszkał w małym pokoiku, do którego wchodziło się przez podwórze. Był tu tylko sublokatorem. Zajmował niszę, w której mieściło się zaledwie łóżko i szafka nocna. Światło dzienne nie dochodziło tu nigdy. Dniem i nocą świeciła się maleńka żarówka. Ciemna kotara oddzielała tę niszę od reszty pokoju. Za tą kotarą toczyło się intensywnie życie ruchu. Tu odbywały się poważne spotkania, tu odbierano najważniejsze rozkazy. Tu każdy nowo przybyły stykał się z ruchem. Ciasno tu było zawsze. Musiało się tu obowiązkowo usiąść na łóżku, bo inaczej nie byłoby miejsca. Ludzie musieli się luzować. Jeden wchodził, a drugi wychodził. Mówiono przy tym tylko szeptem. Kiedy drzwi się otwierały, rozmowę się urywało, bo nie wiadomo, kto tu znowu przybywa. Gdy Justyna weszła, uderzyła ją cisza, jaka panowała za kotarą. Pomyślała z lękiem o tym, że tam nikogo nie ma. Odchyliła kotarę z niepokojem.

Na łóżku siedzieli rzędem Alek, Zyga, Czesiek i Adaś. Przygnębienie ciążyło nad nimi jak głaz. Nie zamienili ze sobą ni słowa. W chwilę później nadszedł Marek. Miał już to do siebie, że choć panował nad każdym wzruszeniem, to jednak ono wyciskało piętno na jego twardej, męskiej twarzy. Kolor błękitnych oczu stawał się jakiś ciemniejszy, a cera [zatarte] przechodziła tu w ziemisty odcień. Usta zaciskały się, ciemne brwi ściągały. Na wysokim czole pojawiała się pionowa bruzda. Był po nieprzespanej nocy. Wieczorem zajechał na wieś i całą noc pracował. Roboty było moc. Przygotowywał materiał dla tych wszystkich, którzy mieli teraz opuścić dzielnicę. Był sam, Justa była w podróży.

Hanusia nie znała się na tej robocie i niewiele pomóc mogła. Siedział więc całą noc, o świcie umył się, odświeżył i wrócił do Krakowa. Gdy zaszedł do Alka, dowiedział się, że pośpiech był daremny. Dzielnicę zamknęli jeszcze po południu. Dolek, Ewa i Romek wydostali się w ostatniej chwili. Byli przekonani, że bez użycia broni nie wydobędą się. Jakoś poszło jednak. Ukryli się w magazynie i trwali tam dotychczas. Poza tą garstką, siedzącą tu na łóżku, wszyscy pozostali w dzielnicy.

Marek nie mógł usiedzieć na miejscu. Justa nie wracała. Dolka i Romka nie można było spotkać. Wszedł zatem do tramwaju i przejechał miasto. Minęli most na Wiśle i zbliżali się do dzielnicy. Marek nadsłuchiwał. Nic nie uderzyło jednak w jego naprężony słuch. Cicho było. Ani strzałów, ani krzyków, ani jęków nawet. A przecież „akcja” się odbywała. Z daleka już widać było żandarmerię, jak gęstym kordonem obstawiła dzielnicę. Ale wszystko odbywało się niemal bez słów. Nie ma się czemu dziwić. Szło już wszystko swoim utartym torem. Wprawa zrobiła swoje. Każdy już przywykł do swej roli — jedni do skazywania innych na śmierć, a drudzy do znoszenia jej bez jęku.