Ulice były zupełnie puste. Tylko w dwóch punktach koncentrowała się „akcja”: przed gmachem Urzędu Pracy, gdzie segregowano ludzi, zdolnych i rzekomo niezdolnych do pracy, i na Placu Zgody, dokąd sprowadzano wszystkich, co mieli iść na śmierć.

Tu już zgromadzone były tłumy skazańców. Oddzielnie uszeregowano dzieci, oddzielnie starców, dalej kobiety, mężczyzn. Plac przepełniony był ludźmi, tysiącami już ludu, a nad nimi unosiła się ciężka, grobowa cisza i coś niby widmo śmierci.

Tak wyglądała „akcja” w Krakowie. Wygnanie i śmierć miały tu takie samo oblicze jak gdzie indziej. Ale to była stolica, na którą skierowane były oczy całego świata. Więc mord szerzył się pod płaszczykiem regularnej „akcji wysiedleńczej”. Gwałt odbywał się bez wrzasków, przemoc — bez jednego strzału. Gdzie indziej, na prowincji za to używa sobie tłuszcza na całego. W Tarnowie75 chociażby. Wygoniono na Rynek76 wszystkich. Kazano im klęczeć godzinami całymi. Kolana popuchły już ludziom, ale nie wolno było się podnieść. Dzieci z ramion matek wyrywano i ustawiano je na boku w równym szeregu. Karabin maszynowy stał gotów. Puszczono go w ruch. Ciała dziecięce waliły się pokotem na ziemię w potoku krwi. Opodal klęczały matki i ojcowie, a ziemia się pod nimi nie zapadała. Albo, gdy natrafiali na liczną rodzinę, wyprowadzali ją w całości na podwórze, ustawiali pod murem i jednym pociągnięciem kładli ich z miejsca. Wszystkie podwórza, bramy, chodniki, zbroczone były krwią matek i dzieci. Długimi sznurami ciągnęły potem auta ciężarowe, wysoko naładowane zwłokami ludzkimi, drgającymi jeszcze nieraz w agonii.

Jeśli kogoś minęła śmierć od kuli, to naprawdę nie wiadomo, jak wytrzymał psychicznie ten mrożący krew w żyłach widok. Jak wytrzymał tę grozę, która dniami całymi wisiała nad miastem.

Ale i tę ciszę, która unosiła się nad dzielnicą w Krakowie, trudno było znieść. Było w niej więcej grozy niż w jękach i krzykach rozpaczy. Ta rutyna, z jaką pędzono ludzi, to bierne poddanie, z jakim szli na plac, budziła w człowieku bunt i szarpała nerwy.

Marek wrócił do Alka wstrząśnięty. Z platformy tramwaju widział tylko fragmenty. A co się tam jeszcze działo we wnętrzach domów, co między ulicami, których z tramwaju nie widać? Co z młodymi z ruchu, którzy nie zdołali się wydostać z getta?

Nazajutrz mieli się dopiero dowiedzieć przykrej prawdy. „Akcja” minęła błyskawicznie; w ciągu jednego dnia wywieziono z Krakowa siedem tysięcy ludzi. Kto mógł, ukrył się, kto dał radę, wyrwał się z szeregów lub zeskoczył z platformy w ostatniej chwili.

Poldek pilnował swoich. Młodzi przenosili się z piwnicy do piwnicy. Wyrywali się z matni raz po raz. Ale nie obeszło się bez ofiar. Przede wszystkim „wysiedlony” został Maniek. Ufał zbytnio swemu zaświadczeniu pracy i, miast77 schować się, stanął przed komisją. To wystarczyło.

A po nim Maniusia. Cudem uratowana z Warszawy, wpadła teraz w Krakowie, w mieszkaniu swego brata.

A po niej Fryda. Miała już ruszyć do pracy. W przeddzień „akcji” powinna była nawet wyjść z dzielnicy, bo taki miała rozkaz. Ale stary dziadek nie pozwolił jej. Bał się o nią. Nie chciał, by się narażała. Więc postanowiła pocieszyć staruszka i pozostać przy nim jeszcze kilka dni. Przypłaciła to życiem.