A inni? Nikt nie wyszedł bez szwanku. Tu brat, ostatni z rodziny, tu siostra-bliźniaczka, matki, ojcowie. Wszędzie „akcja” pozostawiła swój ślad krwawy.

W dzielnicy pozostało siedem tysięcy ludzi. W każdym domu była żałoba, nikt już nie wątpił, że wcześniej czy później pójdą wszyscy.

A mimo to nazajutrz rozpoczęło się normalne życie w dzielnicy.


Byli wolni. Ostatnie węzły łączące ich z [zatarte] życiem codziennym pękły. Więc kto jeszcze wahał się, czy opuścić młodszego brata, jedyną siostrę, starych rodziców, ten nagle, po tej „akcji”, poczuł, że ma ręce rozwiązane i może się bez skrupułów rzucić w wir pracy [zatarte] to było poczucie wolności, wyrosłe na gruzach życia rodzinnego. I ciężko było człowiekowi, co szedł naprzeciw sprawie wtedy dopiero, gdy wszystkie uczucia już zamarły.

Więc powstawały pytania, co dręczyły niby wyrzut sumienia: Czemu nie byłem gotów wcześniej? Dlaczego trzeba było dopiero śmierci, żebym wreszcie poczuł się nieskrępowany? A pytanie to coraz głębiej wdzierało się w serce i kiedyś, gdy ten i ów znalazł się za murami więzienia, miał trawić długie godziny w poszukiwaniu odpowiedzi.

Teraz jednak, rzuceni w wir pracy, nie mogli długo się zastanawiać. Nie było czasu na refleksje. Ból zresztą szarpał serce do tego stopnia, że ludzie domagali się pracy jako ostatniej deski ratunku. Zgłaszali swoją gotowość jeden za drugim, dla każdego od razu gotowa była praca. Październik dobiegał końca. Jesień była wyjątkowo piękna. Liście długo utrzymywały swą świeżą zieleń. Słońce złociło ziemię, grzało ciepłem swych promieni. Były to jednak darowane dni. Każdej chwili mogło się niebo zasnuć chmurami i rzęsisty deszcz spaść na ziemię. Słotna, błotnista jesień była za progiem.

Trzeba się jej było każdej chwili spodziewać. Po dwóch ciężkich doświadczeniach w lasach zrozumieli, że nie czas dziś na szukanie terenu pracy. Pora była za późna. Rozpoczynać od początku [trzeba] było raczej na wiosnę. Teraz jesień, a za nią zima, która stanęłaby w poprzek mającej się dopiero rozpocząć ich pracy.

Powstała nowa koncepcja. Tkwili w stolicy kraju. Czyż trzeba było daleko szukać obiektów działania? Bez rozbudowy wielkiego aparatu tajnego w lesie mogli działać też na miejscu. Przez każdy najmniejszy nawet czyn uderzali w samo serce władzy. Uszkodzić główne sprężyny automatu — oto, co miało stać się celem. Tam, w lasach, można było prowadzić akcję partyzancką w większych oddziałach. W małej garstce niewiele dałoby się dokonać. Ale tu każdy wypad w pojedynkę czy we dwójkę musiał wzbudzić niepokój rządu. Więcej niż niepokój.

Trzeba było wstrząsnąć ich zuchwałą pewnością siebie. Pokazać, że się nie nad bezduszną masą sprawuje swe bestialskie rządy. Że ten lud sponiewierany obudził się. Że znosił cierpienia do czasu, że nadchodzi długo oczekiwana wiosna ludów.