Tu i ówdzie odzywały się głosy rozsądku, że nie trzeba budzić czujności rządu, że należy raczej zbierać siły i stwarzać pozory, jakby się nic nie działo. Że trzeba tłumić w zarodku wszelką podejrzliwość.
Nie dla nich jednak była taka [zatarte]. Skąd bowiem mieli tę pewność, że doczekają wiosny? Ze śmiercią stykali się każdego dnia. Nigdy nie było wiadome, czy uda się jej uniknąć.
Więc musieli działać i to tak, by dać wrogowi odczuć swój bunt. Wobec tego postanowili przerzucić się na Kraków, a potem z kolei na inne większe miasta.
W ramach samej dzielnicy było tyle pracy! Trzeba się było rozprawić ze zdrajcami wewnątrz getta. Z tymi, którzy za kilka srebrników lub za intratną obietnicę życia sprzedawali swych rodzonych braci. Byli wśród nich tacy, którzy mieli na sumieniu setki Żydów, skazanych na mord kapturowy78. Przez cały rok drżała ludność przed obławami, odbywanymi w nocy. Według listy, perfidnie sporządzonej, szła policja od domu do domu i zabierała niewinnych ludzi, by ich w ciągu kilku dni wykończyć. Obiecywali sobie święcie zgładzenie w pierwszym rzędzie jego, a potem jego pomocników.
Postanowili więc pozostawić sobie jedną bazę w getcie, drugą poza gettem. We wszystkich większych miastach na linii Kraków — Lwów i Kraków — Warszawa założyli punkty. Sam Kraków otoczyli również siecią mieszkań na prowincji.
Kierownictwo powoli usuwało się z Krakowa. Był już ostateczny czas po temu. Cała dzielnica bowiem rozbrzmiewała ich imieniem. Szeptem podawano sobie od ucha do ucha wiadomość, że to oni wysyłają ludzi w lasy. Niemal wszyscy podawali ich imiona z szacunkiem, graniczącym ze wzruszeniem, dla wszystkich stały się ich imiona wyrazem nowej, wolnościowej idei, do której lgnęli całą duszą. Ale równocześnie imiona ich obijały się o uszy ludzi niepowołanych, stawały się popularne wśród milicji, która w zasadzie służyła lepiej rządowi niż własnej ludności.
Ewa urządziła mieszkanie w Wiśniczu. Wynajęła tu mały domek i zamieszkali w nim we trójkę: Dolek, Ewa i Halina. Dolek dojeżdżał do pracy, co dzień zatem był w Krakowie, na noc zaś wracał do Wiśnicza.
Romek również zmienił mieszkanie. Czesiek, dzięki swym znajomościom, znalazł mieszkanie w dzielnicy niemieckiej w Krakowie79. Tu więc zamieszkali obydwaj wraz z Romkiem.
W kilka dni po „akcji” nadeszły dwa telegramy o tej samej treści. Jeden do Krakowa, do siostry Anny w szpitalu, drugi na adres Marka na wsi. Brzmiały one: „Jestem bez żadnych środków do życia. Maniek”.
Wszystkich ogarnęło zdumienie w pierwszej chwili, potem radość. Mańka uważano już za straconego! A tu nagle okazuje się, że ocalał i jest w Rzeszowie. Natychmiast wysłano Helę z pieniędzmi i dokumentami.