Po dwóch dniach przywiozła go do Krakowa zdrowego i całego. Wyskoczył z zaplombowanego wagonu o czterdzieści kilometrów za Rzeszowem. Zranił i posiniaczył sobie trochę twarz. Jakoś dowlókł się na piechotę do Rzeszowa, stąd zatelegrafował do Marka i Anny. I oto jest.
Kierownictwo było znów w komplecie. Z jednej strony, robota szła na całego niemal. Każdy miał już swoje ściśle określone zadanie, za którym uganiał się całymi dniami, od rana do wieczora. Czy to był wywiad, praca łącznika czy sprawy techniczne, czy też wreszcie realna robota. Zawsze to pochłaniało człowieka bez reszty. Więc zgoniony, zmęczony, spieszył późnym wieczorem do domu, z bijącym radośnie sercem przekraczał jego próg. Był to ostatni dom w życiu, ostatni, w którym wszystkie uczucia człowieka raz jeszcze buchnęły w górę wysokim i jasnym płomieniem. Taka już w nich była potrzeba miłości wzajemnej, taka ciągła tęsknota za ciepłem wspólnego życia, że ilekroć wygasało jedno ognisko, rozpłomieniali natychmiast nowe, silniejsze jeszcze. Zawierucha wojenna raz po raz zdmuchiwała im gorący płomień. I znów budziła się w nich ta sama dawna chęć przebywania razem. Marek coraz częściej pozostawał na noc w dzielnicy. Dolek również. Szczególnie zaś Romek niechętnie wychodził na miasto.
Raz właśnie w czasie takiego wieczoru, gdy Dolek nie powrócił na wieś, Ewa i Halina miały wieczorną przeprawę z miejscową policją.
Szantaż miał charakter niemiły i dwuznaczny. Dziewczęta wybrnęły jednak godnie. Tamci odeszli zawstydzeni. Nazajutrz upili się i przyszli do nich znów. Tym razem zastali tam Antka.
Znali go od dzieciństwa, wiedzieli, kim jest. Nie było już innego wyjścia — trzeba było sprawę tuszować i wycofać się, nim oddana zostanie w ręce władz.
Natychmiast spakowała bagaże i wróciła do Krakowa. Należało właściwie bezzwłocznie szukać innego mieszkania w innej okolicy.
Ale robota nagle zwaliła się na kierownictwo i przygwoździła je po prostu na miejscu. Pracowali bez wytchnienia: jedno zajęcie goniło drugie. I choć wszyscy stanęli gotowi do pracy, było wciąż jeszcze za mało rąk. Działali równocześnie w kilku punktach. Czuli, że ta równoczesność kilku wyczynów w rozmaitych ośrodkach działa wstrząsająco na władze, a im silniejsze były wstrząsy, tym większy w nich był zapał do pracy. Nastały naprawdę niezwykłe dla nich czasy.
Nigdy jednak nie zdołała zagasić go w pełni. Zawsze pozostawała jeszcze w sercach jedna iskra, zawsze jeszcze tlił na dnie duszy mały płomień uczucia. I kiedy po każdym ciężkim przeżyciu spotykali się znów, mały płomyk rozniecał się coraz silniej, coraz wyżej, aż powstawało nowe ognisko serdecznego braterskiego współżycia.
Po ostatniej „akcji” w Krakowie pustka zapanowała w licznych domach. Młodzi ludzie pozostali sami, bez rodziców, rodzeństwa, ze szczupłym dobytkiem, ze skromnym urządzeniem małego, najczęściej jednopokojowego, mieszkania. Tę spuściznę po wywiezionych rodzicach trzeba było spieniężyć lub inaczej zlikwidować, gdy się człowiek puszczał w drogę.
Wtedy powstał nowy pomysł: urządzono likwidaturę. Tak się to nazywało. Powstała w mieszkaniu Szymka80, ktoremu wywieziono rodziców. Każdy z młodych przeniósł tu ze swego domu wszystko, co posiadał. Bieliznę, odzież, buty, przedmioty wartościowe, słowem to, czym można się było podzielić lub spieniężyć dla wspólnego dobra.