Po nagromadzeniu tego dobytku i uporządkowaniu go rozpoczęła się likwidacja. Każdy więc zgłaszał swoje zapotrzebowanie i otrzymywał odpowiedni dla siebie ekwipunek. Więc mienie człowieka stało się własnością wszystkich. Zatarły się ostateczne różnice, które i tak już ostatnio były znikome.
Powstała wspólna kasa, a co za tym idzie, wspólna kuchnia. Uczucie bezdomności znikało powoli. Brak ciepła domu rodzinnego został zastąpiony nowym ciepłem, innym, wyrosłym na gruncie nie więzów krwi, ale węzłów ducha. Schodzili się więc wszyscy razem w porze posiłków. I to były najmilsze chwile w dniu. Wkrótce jednak przenieśli się już na dobre do tego małego, dwuizbowego mieszkania i tu był odtąd ich dom. Mieściło się ono na parterze. Wchodziło się doń przez wielką, długą sień. Nim się człowiek zbliżył do drzwi, już dobiegał jego uszu wesoły, młodzieńczy gwar. Uchylało się drzwi i już się było w ciepłym kręgu radosnego śmiechu i ożywionych rozmów. Przy kuchni stała zawsze zaaferowana Elza. Gospodarzyła i rządziła, kuchciła i utyskiwała bezustannie. Przypominała naprawdę zatroskaną mamę, której się jakoś nigdy nie wiedzie. Tu węgiel nieporąbany, tu woda nieprzyniesiona, tu ogień się palić nie chce, słowem — te dzieci są strasznie niewdzięczne. A dzieci ciasnym wianuszkiem otaczały piec, brały się pod boki i drwiły z zagniewanej mamy. Elza już dłużej nie mogła panować nad gniewem i wybuchała serdecznym, głębokim, gardłowym śmiechem. Umiała się śmiać ta zdrowa, rasowa dziewczyna.
Wszystko w niej było zresztą rasowe. I śmiech, i płacz, i smutek, i radość. Była przedziwnie żywiołowa, nieledwie egzaltowana. Kiedy przejęła się czymś na serio, traktowała to tak poważnie, że zdawało się, jakby nie rozróżniała między małymi a wielkimi sprawami. Wtedy o szczegółach deklamowała z patosem i nadawała im wagę spraw życiowych. A kiedy znów popadała w wesołość, humor z niej tryskał i śmiech jej dźwięczał głośno. Za tą egzaltacją jednak kryła się dzielna dusza, ta dziewczyna przenosiła góry, kiedy chciała dokonać czegoś, pomóc komuś. A pomagała wszystkim z największą gotowością. Teraz z kolei całą swą duszę oddała kuchni pod trzynastką. Uważała, że na tym gospodarstwie domowym stoi świat cały, więc kiedy teraz otaczali ją przy piecu i drwili z jej roboty, marszczyła brwi, wypędzała ich z kuchni i gospodarstwo szło, że aż hej!
Ciasno było, bo ciasno, piec, stoły i paki — wszystkiego było za mało. Ustawiała zatem garnki na ziemi, całą kuchnię nimi zapełniała, a gdy drzwi się uchylały, trzeba było je naprędce usuwać. Kto wchodził, musiał chodzić ostrożnie między garnkami, a temu obrządkowi omijania przeszkód wtórował znów wesoły śmiech. Potem niespodzianie wszyscy rzucali się do sprzątania, żeby mieszkanie doprowadzić do ładu. I tu już słusznie poddawali się rozkazom Marysi. Lubiła porządek nade wszystko. Szorowała podłogi, zamiatała, raz po raz sprzątała niestrudzenie. Ludzie jej wciąż robili ambaras, a ona się wcale nie gniewała — nie umiała się nawet gniewać. Tylko uśmiechała się zażenowana i zamiast gniewać się, prosiła ich nieśmiało:
— Wycierajcie nogi, nim wchodzicie do pokoju. Ludzie, zrozumcież!
Chwytała znów za miotłę i znów zamiatała. I tak w kółko krzątała się całymi dniami.
Szymek grał tu ważną rolę. Był przede wszystkim gospodarzem z tradycji. Więc poczuwając się do tego miłego obowiązku, zaglądał do każdego kąta i z rękami w kieszeni przypatrywał się wszystkiemu, co inni robili. A napatrzywszy się do syta, odchodził niezadowolony i wołał:
— Ale tu jest bałagan! Ale nieopanowany bałagan!
Magazynierami byli we dwójkę wraz z Noliem81. Urzędowali przy szafach i zaopatrywali ludzi w to, czego im było trzeba. Wszystko to zresztą szło na wesoło. Rozmaite zabytki minionej epoki, starodawne stroje, które znajdowały się tu i ówdzie w likwidaturze, wprawiały ich wszystkich w serdeczny humor. Hanusia, ilekroć zajeżdżała do Krakowa, przywoziła na wieś Justynie rozmaite przedmioty, bezcenne dla gospodarstwa domowego, a które tylko w likwidaturze znaleźć można było.
I przywoziła ze sobą gorące pozdrowienie tego świata spotęgowanych uczuć, który zamykał się w małym, dwuizbowym mieszkaniu.