— Gdybyś ty, Justynko, wiedziała, jak dobrze jest zajeżdżać do Krakowa! Wchodzisz tu i już jesteś w domu, wśród tych swoich najbliższych, wśród tych rozmów ukochanych. Naprawdę, że się już nie chce wracać do tej twojej pustej willi w lesie.

— Hanuś — Juście zrobiło się smutno. — Czy ci naprawdę tak źle tu ze mną?

— Nie z tobą mi źle, ale za mnie i za ciebie mi źle. Oni tam żyją taką pełnią życia! Kiedy się schodzą po robocie, to jest im tak, jak kiedyś w Warszawie, jak wam w Kopalinach, a może jeszcze lepiej.

Było im tam naprawdę lepiej. W tym punkcie koncentrowało się życie ruchu całego. Kto przyjeżdżał do Krakowa, musiał za wszelką cenę dostać się do dzielnicy, żeby za wszelką cenę zajrzeć tam. Alek co dzień o zmroku opuszczał swój punkt i szedł pod [zamazane] Czesiek wychodził ze swej meliny, Romek się tu zakradał.

I tak spotykali się wszyscy miejscowi z przyjezdnymi; tacy, którzy od lat przebywali razem, i tacy, co od lat do siebie tęsknili. Nie wiadomo doprawdy, skąd się w tych znękanych ludziach wzięło tyle radosnego uczucia. Kto wie, może musieli wykrzesać z siebie tyle miłości w tragicznym przeczuciu, że z chwilą opuszczenia domu, tu, pod trzynastką, opuszczą ostatnie w życiu gniazdo rodzinne.

A może czuli, że to środowisko jest nie tylko ostatnim domem, ale ostatnim ogniskiem życia narodowego, ostatnim skupieniem ludzi bliskich, wśród których są sobą.

Więc też wchłaniali w siebie wszystkie wartości ludowe, ożywiali stare tradycje, słowem — żyli w specyficznej atmosferze specyficznego życia żydowskiego. Często wpadał Dolek. Dokoła jego osoby skupiała się wtedy cała gromada i wieczór stawał się uroczystszy, głębszy. Jakieś niewytłumaczone piękno unosiło się nad izbą. Takie wieczory niezwykłe, odświętne, głębokie, śladem wryły się w pamięć.

Coraz ciaśniej było w izbie. Ludzie przybywali i choć wciąż nowi wypływali na placówkę, to równocześnie wciąż nowi napływali. W dzień drzwi były w ciągłym ruchu. W nocy jednak wyłaniał się cięższy problem lokowania ludzi. Zestawiano dwa łóżka ze sobą i układano się na nich w poprzek, w szóstkę, siódemkę. Improwizowano posłania na ziemi, na krzesłach, wykorzystywano każdy kącik na nocleg. Warunki zdrowotne były marne, najprymitywniejszych wygód człowiek nie posiadał, ale nikt z nich nie byłby zrezygnował z tych niewygód. Były mu droższe od największego luksusu, od zbytkownego życia.

Ten dom pod trzynastką był bazą wypadową dla wszystkich w tym okresie robót. Koło wieczora wymykali się we dwójkę, trójkę i tak jedni mieli załatwiać się wewnątrz dzielnicy ze zdrajcami i sprzedawczykami, a drudzy poza dzielnicą szukali broni. Na minutę przed godziną policyjną wpadali zdyszani — czasem pełni triumfu, czasem zaś rozdrażnieni, że nie powiodło się, choć byli już tuż, tuż. Wielokrotnie wymykali się cudem z rąk policji. Nieraz zdawało się, że strzały przelatywały nad ich głowami. I tylko zręczne odchylenie głowy ratowało życie.

Raz, wieczorem, wybrali się Zyga, Dolek i Czesiek na robotę. Czesiek służył za przynętę, Zyga i Dolek czekali nad Wisłą, skryci w ciemności. Czesiek jakoś nie wracał. Chłopcy czekali niecierpliwie. Palili się do roboty. W kieszeni mieli broń. Ściskali ją kurczowo. Chcieli już, już wypalić. A Czesiek nie wracał.