Nagle rozległ się strzał! Zyga runął na ziemię. Dolek rozejrzał się, nikogo nie widać. Kto strzelił? W jednej chwili pojął wszystko. Zygmunt w napięciu i zdenerwowaniu pociągnął za cyngiel. Kula przeszła przez kolano, przeszyła nogę aż do golenia i wyszła na wierzch, nie naruszywszy kości.
Zyga leżał bezwładny. Dolek był sam. Czesiek dotychczas nie wrócił. A tu trzeba było działać. Zabrać rannego chłopca, zanim ktokolwiek się spostrzeże. Na razie było pusto dokoła. Dźwignął go z ziemi pospiesznie.
Zyga zagryzł wargi i stanął. Wsparł się na ramieniu Dolka i postawił pierwszy krok. Ból był nie do zniesienia. Nie było jednak chwili czasu do stracenia. Trzeba było iść i to możliwie najszybciej.
Nie czekali na Cześka. O robocie dziś już nie było mowy. Z nadludzkim wprost wysiłkiem dowlekli się do dzielnicy. Zdążyli jeszcze przed godziną policyjną. Gdy weszli pod trzynastkę, przestraszył wszystkich widok trupiej twarzy Zygi. Gwar i śmiech przycichnął. Rozmowy umilkły.
Dziewczęta przygotowały posłanie. Ułożyły na nim chłopca. Rana była poważna, noga broczyła krwią. Trzeba było lekarza. A tu nie wolno było nikogo wtajemniczać. Posłano po Annę. Opatrunek jednak nie wystarczał. Zastrzyk też nie. Ranę musiało się zaszyć.
Nie było innego wyjścia. Postanowiono wezwać zaufaną lekarkę-chirurga.
Było już po dziewiątej. Lekarka dla bezpieczeństwa przyszła w towarzystwie dwóch milicjantów. Sytuacja stała się niemiła. Rozglądali się ciekawie po mieszkaniu.
Skąd tyle młodzieży w takim małym mieszkaniu? A ta rana — cóż to właściwie za przypadek?
Trzeba było ich ciekawość zaspokoić. Czujność uśpić. Opowiedziano jakąś niestworzoną historię o wypadku przy pracy. Słuchali z niedowierzaniem. Rozglądali się, chcieli koniecznie obejrzeć sobie ranę. Z trudem przekonano ich, że nie można.
Kiedy po zabiegu chirurgicznym odeszli, odetchnęli wszyscy z ulgą. Stąpali wszyscy na palcach. Niebywały dotychczas spokój zaległ obie izby.