Ranny zasnął. Czuwali nad nim w bezgranicznym oddaniu.
Był im teraz droższy niż kiedykolwiek.
Dochodziła dziewiąta, kiedy Czesiek przyszedł na umówiony punkt. Nie zastał już nikogo. Przeraził się nie na żarty. Wyprawa nie udała się dzisiaj. Wachmistrz, którego miał sprowadzić, był zajęty, nie mógł wyjść z nim na miasto. Cały wieczór był zatem stracony. A teraz w dodatku nie wiadomo, gdzie podział się Dolek i Zygmunt. Czesiek przeszedł się po bulwarze kilkakrotnie i pogwizdywał. Nikt nie odpowiadał. Spojrzał raz jeszcze na zegarek. Była dziewiąta.
Zaklął z cicha — i puścił się szybko ku domowi. Dziś już nie zajrzał do dzielnicy. Pójdzie na swoje mieszkanie. A jutro może dowie się czegoś. Może Alek będzie coś wiedział. W ciągu dnia nie powinien bowiem chodzić po ulicy. Już go ten i ów ma na oku. Ale jak tu dowiedzieć się prawdy?
Był bardzo zaniepokojony. Na domiar czuł niesmak po straconym wieczorze. Nie mógł sobie miejsca znaleźć.
Następnego dnia, koło wieczora, zaszedł do domu pod trzynastką. Przypadł wzruszony do łóżka swego przyjaciela; nie mówili do siebie słowa. Dokoła nich posuwali się bezszelestnie. Byli wszyscy jeszcze pod wrażeniem zdarzenia.
I stało się tak, że smutek zakradł się do domu pod trzynastką. Robota szła dalej wprawdzie swoją drogą. Byli już w takim rozpędzie, że nic ich nie mogło powstrzymać. Więc szli naprzód całą parą.
Tych wieczorów, tego polowania w ukryciu, tego czatowania za węgłem, tych wypadów z ciemnego zaułka, włóczenia się pod domem, nie zapomni chyba nikt.
Praca w zasadzie stała się ich upiorem. Jakkolwiek nie przywykli do niej dotychczas, weszli w nią całą duszą. I tylko wtedy czuli się dobrze, kiedy w mroku uganiali się za robotą. A w [zamazane] czuli broń.