Te niezapomniane wieczory. Wpadało się pod trzynastkę i rzucało się krótkie słowo:

— Gotowe!

A potem nikt nie spał przez noc całą z podniecenia i czuli się wszyscy zwycięzcami. Przez następne dni szukali w całym mieście winowajców, a oni siedzieli w samym centrum getta, chodzili po ulicy i w kułak śmieli się z bezowocnych wysiłków policji.

Ale były cienie, które kładły się na duszę ciężarem. Była trójka, co wyruszyła po złote runo — i od której ani znaku dotychczas nie było. Nikt się zresztą już nie łudził. Edwin, Emil, Harry byli straceni i nikt nie miał pojęcia, jak zginęli. Zniknęli bez śladu, a to było straszne. Ta myśl nikomu nie dawała spokoju. Starali się nie mówić o tym, ale w głębi duszy powtarzali sobie wszyscy:

— Nie wrócą, nie wrócą, już nigdy nie wrócą.

Powaga i spokój panowały teraz pod trzynastką. Więc się w tej ciszy toczyły smutne myśli. Tym smutniejsze, że Zygmunt był poważnie chory.

Otoczyli go serdeczną opieką. Dokoła jego łóżka skupiało się teraz życie. Coraz kto inny doń dochodził i rozmawiał z nim cichutko, tak, by go nie męczyć i tylko umilić mu ten przymusowy odpoczynek. Dziewczęta prześcigały się wzajemnie w troskliwości. Gotowały mu wyszukane potrawy, znosiły owoce i smakołyki. Każda ubiegała się nie tyle o jego względy, ile o skromny zaszczyt, by mu być pomocną. I w tym wyścigu na pierwszy plan wysunęły się szybko Stasia i Giza82. Były mu matkami — tak je też żartobliwie nazywał. Nie mógł się jeszcze dźwignąć z łóżka, ból dokuczał mu poważnie, ale pierwsze wrażenie nieszczęsnego strzału minęło. Poczęły się znów sypać dowcipy. Rozmowy stały się głośniejsze, a śmiech coraz częściej rozbrzmiewał. Pieśń dawała się słyszeć z dnia na dzień radośniejsza. Życie pod trzynastką wracało w swe normalne tryby. Pewnego wieczora wpadła niespodzianie Mirka. Twarz jej jaśniała najprzyjemniejszym uśmiechem. Była szczęśliwa.

— Jest Anka! — rzuciła od progu.

— Co ty powiadasz?

— Gdzie jest?