Czekali na nią niecierpliwie. Anka była wojennym nabytkiem ruchu. Do niedawna żyła w kołach wyłącznie polskich. Nie wiedziała zbyt wiele o tym, że jest Żydówką. A jeśli o tym pamiętała, starała się raczej stłumić to w sobie. Harcerstwo polskie wycisnęło na niej swe piętno. Kiedy po raz pierwszy zetknęła się z Mirką, zapałały sympatią do siebie. Spotkały się na pograniczu dwóch światów, a mimo to zrozumiały się doskonale. Mira była o wiele starsza. Jej czar osobisty podziałał na Ankę. Zaprzyjaźniły się. Wtedy Anka poczuła się Żydówką. Weszła w ruch już jako zupełnie dojrzała dziewczyna. Chciała zaraz wchłonąć wszystko, poznać całą organizację, jej drogę ideową, jej historię ludzi. Być na wszystkich punktach, nadrobić cały stracony czas. Do pracy bojowej okazała się w pełni przygotowana. Przystąpiła do niej z prawdziwym hartem swego dziewczęcego ducha. Dała temu wyraźny dowód w więzieniu. Wytrzymała w swej pozycji do ostatka. Nie chciała się poddać i tak długo utrzymywała się na wysokości swego zadania, aż wszystkich zbiła z tropu. Oczyszczono ją z zarzutu żydowskiego pochodzenia. Sam klucznik poświadczył, że to było chyba oszczerstwo. Tak to siłą swej własnej woli wyrwała się zza krat. Wyfrunęła na wolność — i wróciła do swego rodzinnego gniazda. Tu jednak czekało ją jeszcze jedno przeżycie. Kiedy wyjeżdżała z Krakowa, nie pożegnała się nawet z matką. Ta [zatarte] nie chciała puścić jedynej córki w drogę. Anka tłumaczyła na wszystkie strony, przekonywała i błagała — ale na darmo. Wtedy użyła podstępu. Zabrała kilka niezbędnych drobnostek — i poszła na noc do przyjaciółki. Matki nie było w domu. Ucałowała małego braciszka i poszła. Nie wróciła więcej.
W podróży mówiła sobie:
— Za tydzień lub dwa wrócę do Krakowa. Mama ucieszy się i wybaczy mi — Tak się pocieszała. Ale nie wiedziała, że czeka ją już pierwsza zasadzka. Zyga, wracając raz z Rozwadowa, opowiadał, jak widział ją prowadzoną przez posterunkowego.
— Szła z nim tak dumnie, że zdawało się, jakby ona prowadziła policjanta na posterunek, a nie on ją aresztował.
Dumna ta postawa pozostała jej do końca. Wewnątrz żarła ją tęsknota za matką i braciszkiem — i bała się, że ich już nigdy nie zobaczy. Więc kiedy teraz wróciła do Krakowa, myślała o nich bezustannie.
Nie wiedziała jednak, że w międzyczasie była „akcja” w dzielnicy. Przybywszy do Krakowa, nie zastała już ani matki, ani braciszka. Na to nie była przygotowana. Toteż bladość pokrywała jej twarz, kiedy wchodziła pod trzynastkę. Nie przełamała jeszcze tej wieści.
Radość, z jaką ją powitano, rzuciła się na nią gorącą falą. Poczuła, że jednak do swoich wróciła, do domu, w którym odpocznie po napięciu nerwowym, jakie przeżyła w więzieniu. Z trudem wydobyła się z gorących uścisków. W kuchni zaczęli się wszyscy tłoczyć do niej, każdy chciał jej choćby rękę uścisnąć. Poprzez głowy stłoczone koło niej zauważyła, że ktoś tam w pokoju leży na łóżku.
— Kto jest chory?
— Zygmunt.
Weszła szybko do pokoju i usiadła na łóżku przy nim. Rozmawiali ze sobą długo. A radość szeroką strugą rozlewała się dokoła. Ciężar spadł wszystkim z serc. Odtąd każda chwila nosiła w sobie pogodę. Cieszyli się sobą jak nigdy. Tego samego tygodnia spędzili jeden z najpiękniejszych wieczorów na cześć Anki. Było to powitanie soboty. Przygotowanie do uroczystości trwało pełne dwa dni. Wszyscy oczekiwali jej w napięciu. Miało rozpocząć się w piątek o zmroku, a zakończyć dopiero o świcie. Od lat strzegli w ruchu tej odświętnej tradycji. Z szeregu dnia powszedniego przechodziło się nagłym przeskokiem ku świętu. W nabożnym skupieniu czekało się na tę chwilę, kiedy nagle zapłoną świece w odświętnie ozdobionej izbie. Dziewczęta w białych bluzkach, chłopcy w białych koszulach, z szeroko wyłożonymi kołnierzami, siadali wzruszeni dokoła biało nakrytego stołu. Najpierw była chwila ciszy. A potem ze wszystkich piersi buchnęła silna, powitalna pieśń. Oczy błyszczały od blasku świec. Silne wzruszenie malowało się w tych szeroko rozwartych źrenicach. Jakaś inna dusza wstępowała w człowieka: czystsza i lepsza.