Tak było zawsze, od lat. Czy w cichej wsi czy też w gwarnym mieście, czy wysoko w górach, czy też wśród kominów fabrycznych — zawsze z tą samą pieśnią, z tym samym uczuciem wychodzili sobocie naprzeciw. A dziś witali ją w tym gronie po raz ostatni.

Nie mieli żadnych złych przeczuć. Byli tacy szczęśliwi, tak pieśń za pieśnią płynęła dźwięczną, serdeczną nutą i zespoliła ich coraz silniej83 i coraz mocniej!

Ale wśród szczęścia, co wypełniało ich po brzegi, padło ni stąd ni zowąd określenie: to ostatnia wieczerza.

Podchwycono je — i utrwalono w pamięci. Odtąd już nie mówiono o tym wieczorze inaczej.

Na ostatku siedział Dolek, dokoła niego twarze kochane, serdeczne, rozpromienione, dziarskie i tak ogromnie bliskie. Ciasno stłoczeni siedzą ludzie, jedni obok drugich. Już dawno izba jest pełna, a tu wciąż jeszcze nowi przybywają — i dla wszystkich musi być miejsce. W rogu siedzi Martusia84. Szeroko rozwartymi oczyma wpatruje się w Dolka, w te rozjaśnione twarze, w płonące świece.

Po raz pierwszy spędza sobotę poza domem. Kilka dni temu wyjechała z Tomaszowa. Opuściła getto w chwili, gdy już się rozpoczynała „akcja”. Wiedziała, że może już nigdy nie zobaczy swoich rodziców. Tacy młodzi byli charakterem! Ojciec, żegnając ją, mówił:

— Szkoda, że nie jestem kilka lat młodszy. Poszedłbym z wami na pewno!

Marta uniosła w sobie te słowa, przechowała je w sercu jak najdroższą po ojcu pamiątkę. I teraz o tym myśli bezustannie.

Już nie ma domu! Nie ma domu! Tam pewnie „akcja” zagarnęła już i ojca, i matkę, i siostrę młodszą, a ona została sama na świecie. Ma dopiero siedemnaście lat. Szeroko rozwartymi oczyma wodzi dokoła. Nie czuje żadnego bólu, żadnego żalu za domem utraconym, za dzieciństwem, za beztroską młodością, która przepadła na zawsze. Tu jest jej miejsce, wśród młodej gromady. Tak jej dobrze w tej natłoczonej izbie... I tak dobrze jej słuchać słów Dolka. Zna go od lat. Czuje żywo, że dziś inaczej mówi, niż zwykł był mówić dawniej. Dawniej w jego słowach drżała siła, twórcza moc, co kazała wierzyć w życie i kochać je. A dziś dźwięczało w nich przeczucie nieuniknionego końca, któremu należy wyjść dumnie naprzeciw.

I było tak, jakby czuł nadchodzącą śmierć, bo mówił o niej często. Nie wierzył, że można przetrwać, i nie chciał, by inni wierzyli. Nie chciał złudzeń. Pragnął, by każdy, kto ruszał w pracę, świadom był tego, że koniec nadchodzi. Więc i teraz, w ten jasny świąteczny nastrój, rzucił swe twarde słowa: