— Z naszej drogi nie ma powrotu. Kroczymy szlakiem śmierci; pamiętajcie o tym. Kto pragnie życia, niech go nie szuka pośród nas. My jesteśmy u kresu. Tylko, że nasz kres nie jest zmierzchem. Nasz kres jest śmiercią, której silny człowiek idzie sam naprzeciw. Czuję, że to ostatnie wspólne powitanie soboty. Trzeba się będzie z dzielnicy usunąć. Zbyt wielki jest rozgłos dokoła nas. W tym tygodniu powoli poczniemy likwidować ten nasz miły ośrodek pod trzynastką. Zamknie się jeszcze jedna faza w naszym życiu. Niczego nam jednak nie wolno żałować. Tak musi być.
Świt już szarzał za oknem, kiedy dobiegała do końca ta ostatnia wieczerza.
Nazajutrz, a była to niedziela, Dolek zebrał nową piątkę. Tośka, Marta, Henek85, Rena86 i Giza. Ruszyli do pracy. Każdy z nich ruszył na inny punkt. Dał im ostatnie instrukcje i coś niby ojcowskie błogosławieństwo na drogę. Nie, to nie było błogosławieństwo. To były słowa otuchy, to była siła, której zapas miał im starczyć na długo. Choć przez to wszystko przewijała się jedna myśl:
Idziecie na pewną śmierć!
Zbliżały się dnie pierwszego przesilenia. Z tą pracą było jak z muzyką, jak z tonami, które wymykają się pojedynczo i zlewają się w jedną harmonijną melodię. A melodia ta nie ma w sobie niczego z monotonii; barwnie wznoszą się tony coraz wyżej, aż dochodzą do punktu najwyższego. Wtedy pada akord. Silny zespół wysokich tonów i rozbrzmiewają wokoło czystym dźwiękiem. To jest przesilenie melodii. Ona nie kończy się jeszcze, nie. Ale po tym silnym akordzie musi nastąpić cisza, żeby tym potężniej rozbrzmiewały zharmonizowane tony. Instrument milczy, artysta odpoczywa, ale muzyka dźwięczy jeszcze w uszach, a fale powietrza wciąż drżały, nabrzmiały jasnymi tonami.
A kiedy przebrzmi ten najwyższy akord i tylko jakby z oddali dobiegają ostatnie przyciszone akordy, wtedy artysta chwyta znów instrument, znów z cicha uderza w struny, budzi znów nową melodię. Zrazu brzdąka cicho, ale potem tony się rozwijają, znów melodia idzie w górę i pnie się, pnie się ku wyżynom — aż padnie ten najsilniejszy akord, po którym musi nastąpić chwila ciszy.
Tak też było u nich z pracą w chwili, gdy piszę te słowa. Żyją jeszcze liczni z tych, co wieczorem wypadali z ciemnych zaułków, zadawali cios i, zdobywszy broń, znikali w gęstym mroku. Z tych, co po gwarnych ulicach rozrzucali słowa pisane, mające budzić człowieka z odrętwienia. Z tych, co pod oczyma bacznie obserwującej policji tajnej prowadzili swą krecią robotę i przeszywali grunt pod ziarno wolności. Z tych, co się niczego na świecie nie bali i tylko pragnęli godnej śmierci. Wielu z nas czeka na tę śmierć za murami więzienia. Śledztwo jest w pełnym toku. Każde słowo zaważyć może na losie tych, którzy jeszcze korzystają z wolności, prowadzą swą robotę. Więc muszę się wciąż ograniczać. Wciąż jeszcze nie wolno mi opowiedzieć tego, czego dokonali ci młodzi, nieustraszeni ludzie87.
Każdy wieczór był uwieńczony czynem. Każdy czyn odzywał się echem u tych tam, co mienili się panami życia i śmierci milionów bezbronnych ludzi. Wśród tych wieczorów jednak istniała pewna gradacja, było coraz treściwsze, coraz pewniejsze. Zbliżali się powoli do punktu kulminacyjnego, do pierwszego przesilenia.
Był początek listopada, noce już były długie, mgły coraz gęstsze otaczały ziemię. Gdzieś na plantach, między krzakami, zaczaili się w trójkę. Dolek, Jędrek i Stefek. Trójka była doborowa. Jędrek właściwie niedawno wypłynął na powierzchnię. Był wychowankiem Justy. Pokładała zawsze w nim wielkie nadzieje. Cechował go jednak, od najmłodszych lat, pewnego rodzaju cynizm. Wyrażał się w jego dowcipie, w jego obojętnym stosunku do wszystkiego, co innych entuzjazmowało, a wreszcie w całej jego twarzy. I choć Justa nienawidziła cynizmu, wierzyła, że zapewne kiedyś cynizm Jędrka okaże się twórczy. Nikt nie zrozumiał tego paradoksu. Tylko Justa sama, choć nie umiała go wytłumaczyć, wierzyła weń. Kiedy Jędrek wycofał się z ruchu, ludzie z plutonu dali jej delikatnie do zrozumienia, że ich wszystkie nadzieje spaliły na panewce. A ona mimo to dalej uważała go za swego człowieka i czekała, aż Jędrek powróci. Wrócił po kilku latach. Ale w samą porę. Jego cynizm okazał się naprawdę cechą pozytywną. Pozwalał mu zawsze zachowywać zimną krew.