Stefek również niedawno dopiero ukazał się na widowni ruchu. A raczej również niedawno dopiero powrócił doń. Nikt właściwie nie wiedział, co o nim myśleć. Milczał jak grób. To milczenie obiecywało wiele. Kazało domyślić się w nim dojrzałego mężczyzny, o wielkiej mądrości i silnym charakterze. Zdrowa i poważna postawa uzupełniała tę całość. Były chwile, że wahano się, czy zaufać temu milczeniu. Ale ostatecznie pracował sumiennie i bywał niezastąpiony. Gdy chodziło o poważne wyczyny, należał do poważnych sił. A dzisiejszy wyczyn miał naprawdę być poważny. Mieli uderzyć w najwyższy akord.
Nie czekali długo. Po chwili usłyszeli ciężkie, butne kroki. Olbrzymia postać wachmistrza ukazała się w ciemności. Była w tej chwili symbolem buty i gwałtu, i przemocy, i haniebnego zła, które musi zniknąć ze świata. Cichy bunt, zawziętość od miesięcy tłumiona, wybuchła nagle z niewytłumaczoną dotychczas siłą. Jedna chwila wyładowania — i zło uosobione leży we krwi. Ściskając kurczowo zdobytą broń, mieszają się z tłumem. Nikt ich nie spostrzegł. Wszyscy, wystraszeni odgłosem strzałów, uciekają w popłochu. Myślą tylko o sobie. Tylko o tym, by nie padło na nich podejrzenie. A nasza trójka z pełnym spokojem idzie wolno ku domowi. Idą krętą drogą, bocznymi ulicami, by na wszelki wypadek zmylić ślad. Mogli jednak iść bezpiecznie. Nikt ich nie śledził. Dolek, wróciwszy do domu, czuje silny ból głowy. Może tylko udaje. Chce koniecznie być sam. Chce ciszy i spokoju. Kładzie się na kanapie, a wszyscy cicho wychodzą z pokoju. Zawrzało na mieście. Tego już władzom było za wiele. Tu już poczuli, że podziemna siła wzbiera. Że opór przybiera rozmiary walki. Że trzeba stłumić bunt w zarodku. Że trzeba zdusić hydrę, nim wyżej głowę podniesie. Och, jak nienawidzili tych młodych, co się teraz poderwali do wielkiego czynu. A jak się bali, jak bezgranicznie bali.
A przy tym, jak im wstyd było, że jest ktoś, kto ośmielił się stawić opór. Jak im wstyd było, że tu działa jakiś tajny aparat, którego nie przytłumili dotychczas. Więc chociaż wielkimi literami widniało w pismach o zgonie bohatera, co padł na posterunku pracy, lansowano tanie wersje o tym, że padł z rąk nieznanych opryszków lub że sam odebrał sobie życie z niewiadomych nikomu przyczyn.
W coraz to nowych wersjach szła wieść o tajemniczym zamachu, zawsze jednak władze starały się nadać charakter zatargu ulicznego lub prywatnej, osobistej intrygi. Niemniej jednak powzięte zostały środki ostrożności i tu już było pierwsze oficjalne przyznanie się władzy do faktu, że liczy się poważnie z przeciwnikiem pracującym w podziemiach, że traktuje go jako wroga, jako godnego siebie przeciwnika.
Przesunięto godzinę policyjną z jedenastej na dziewiątą wieczorem. Paniczny strach padł na ludność; ledwie zmrok zapadł, ulice pustoszały i ludzie w popłochu uciekali do domu.
Patrole częściej obchodziły ulice, mierzyły przechodniów podejrzliwym wzrokiem, rewidowali tego lub owego, szerzyli postrach.
Były to jednak tylko środki zapobiegawcze na przyszłość. Trzeba było równocześnie odszukać sprawcę, trafić doń każdą możliwą drogą. Poczęli poszukiwania przez zakładników. Snać88 dobrą drogę obrali. Wśród dwudziestu zakładników wybranych w dzielnicy znaleźli się tacy, którzy umieli wskazać właściwy adres. Nie ma się czemu dziwić.
Nikt w dzielnicy nie znał ani jednego szczegółu. Nikt nie orientował się nawet, w jakim kierunku idzie praca ruchu, wszyscy tylko wyczuwali, że tu się gotuje czyn powstańczy. Dla człowieka tchórzliwego, który czuł nóż na gardle, było najprostszą rzeczą powiedzieć:
— To oni!
I choć nikt nie złapał ich przy robocie, znalazło się w jednej chwili całe kierownictwo na indeksie. Było to na razie w rękach milicji, ale ta rzuciła się z zapałem do roboty, jakby to czyniła dla jakiejś świętej sprawy.