— Nie wypuszczą jej wcześniej, aż ty będziesz na miejscu.
— Aha — mruknął Dolek. Zrozumiał teraz, że idzie na poważnego91. Gmach policji był już niedaleko. Każda chwila miała życiowe znaczenie.
Ważył szanse. Ewę musi stamtąd wyciągnąć. I to natychmiast. Potem uciekną razem. Uplanował już z góry scenę, którą odegra. Zażąda widzenia się z żoną pod pozorem, że chce się z nią pożegnać.
Kiedy będą razem, odda niespodzianie strzał i ucieknie.
O sto kroków zamajaczył budynek milicji. Dolek jeszcze raz lustruje sprawę. W tej ostatniej chwili spostrzega błędy w swoim planie. Najpewniej nie pozwolą im się porozumieć ze sobą. Może nie zobaczy jej już nawet. Część pierwsza planu zatem odpada. A przy tym nie wiadomo, jak tam będzie wewnątrz, kto go tam oczekuje. Może obrona okaże się tam niemożliwa. Może nie należy czekać. Może to naprawdę ostatnia szansa. Ewę można odbić bez trudu. Już jutro można zrobić zbrojny napad i uwolnić ją. Skoro sam będę na wolności, uda się wszystko. Tylko nie poddać się im teraz. Przystaje nagle w drodze. Sięga ręką do kieszeni. Dziesiątka umundurowana staje nagle zdziwiona92. A Dolek najspokojniej wyciąga pistolet i mówi do nich powoli:
— A teraz, chłopcy, uciekajcie, bo strzelam.
Nikt z nich nie miał broni. Był to jeszcze jeden, najdobitniejszy może, wyraz poniżającej pozycji. Byli na usługach rządu i sprawowali władzę nad ludnością dzielnicy. Oddali się w ręce okupanta. Zaprzedali swą duszę po prostu. Lecz, chociaż rząd powierzył im zwierzchnictwo nad ludźmi, nie zaufał im na tyle, by ich uzbroić. Poza czapką i gumową pałką nie posiadali niczego. Więc może nawet nie ma się czemu dziwić, że [zatarte] stale między pogardą a nienawiścią, pogłębiali w sobie tchórzostwo. Bali się jedni drugich. Jednym — wykazywali swój strach służalczym poniżeniem, drugim — wymachiwaniem pałką gumową. Na widok broni palnej drżeli wprost ze strachu.
Więc kiedy teraz usłyszeli słowa: „Bo strzelam!”, nogi załamały się pod nimi93. W jednym okamgnieniu odwrócili się wszyscy i puścili w ucieczkę94 co sił. Gdy już poczuli się bezpieczni, gdy stanęli w bramie budynku milicji, obejrzeli się jeszcze raz; dla ratowania honoru czy może dla pokrycia strachu, który trząsł nimi, zawołali:
— Szaleńcze! Dokąd uciekasz?
A on tymczasem zniknął w ciemności.