Zaledwie zamknęły się drzwi za policją uprowadzającą Dolka, Romek skoczył na równe nogi i ubrał się pospiesznie. Zrozumiał, że tylko przypadkiem ocalał. Milicjanci byli bowiem zanadto zajęci osobą Dolka, aby zainteresować się tożsamością drugiego człowieka. Należało natychmiast coś przedsięwziąć. Wyszedł szybko z tego mieszkania, w którym każda chwila groziła niebezpieczeństwem. Nie świecąc latarki, by nie zwrócić na siebie uwagi, przekradał się przez podwórze. Przeszedł przez dziurę w płocie, minął mały ogródek i znalazł się pod trzynastką. Jego ludzie nie spali jeszcze. Jeszcze dośpiewywali sobie swą pieśń. Jeszcze mieli sobie powiedzieć to i owo. Dzień wydawał się im zawsze za krótki, czuli zresztą, że zbliża się chwila, w której wszyscy rozstaną się. Żal im więc było każdej chwili, każdej nocy, którą przesypiali. Sen uważali za stratę czasu, więc noce swoje skrócili do kilku godzin. Wieczory ciągnęły się długo, długo, pieśni nie milkły godzinami. Kiedy Romek stanął w drzwiach blady, z zaciśniętymi ustami, pieśń urwała się w środku. Wpili w niego przerażony wzrok. Zamknął za sobą drzwi, nie powiedział ani słowa. Z rękami w kieszeniach przeszedł wyprostowany przez kuchnię, odprowadzony dziesiątkiem przerażonych oczu, wszedł do pokoju, usiadł na łóżku Zygi, zrazu nie mówił nic. Starał się zebrać myśli. Nachylił się ku choremu i coś mu szepnął do ucha. Ludzie z daleka obserwowali tę scenę. Widzieli całą skalę uczuć, jaka przesuwała się po twarzy Zygmunta — od bezgranicznego zdumienia do przerażenia, poprzez wstrząs, do opanowania się i narzuconego sobie spokoju. Naradzali się przez chwilę. Mówili szeptem. Nikt nie wiedział, co się stało. Wszyscy czekali w napięciu. Wtem Romek powstał i zawołał w stronę kuchni:

— Marysiu95!

Wbiegła od razu. Była też blada. Jej dziecięca twarzyczka wyrażała głęboki niepokój. Oczy jej, jak zawsze, kiedy była przestraszona, patrzyły lekkim, pełnym wdzięku zezem.

— Słucham! — powiedziała posłusznie. Przykucnęła przy łóżku.

— Trzeba natychmiast iść do rodziców Dolka. Wiesz, gdzie to jest?

— Oczywiście.

— Po drodze nie świeć latarką. Musisz się raczej zakraść, poruszać się bezszelestnie. Jest tam ukryty materiał.

— W którym miejscu?

Opisał jej szczegółowo wszystko, gdzie co leży. Narzuciła na siebie płaszcz i wybiegła. Po chwili była już za oknami Markiewiczów96. Zapukała w szyby. Nikt się nie odzywał.