— Dolek! — zawołała z cicha.

Żadnej odpowiedzi. Zapukała jeszcze raz. Tym razem mocniej. Z drugiego okna wychyliła się jakaś obca twarz.

— Do kogo się pani dobija po nocy?

— Do Markiewiczów.

— Nie ma ich w domu.

— Mnie chodzi o ich syna.

— To pani nie wie?

— Że co?

— Policja zabrała go przed godziną.

Marysia zaniemówiła. Ogarnęła się jednak w jednej chwili i zawołała: