— Niech mnie pan wpuści! Ja tam muszę wejść! Koniecznie muszę wejść!
Po tych słowach poznali ją. Zachodziła przecież nieraz do Mirki. Otwarto drzwi. W jednej chwili znalazła wszystko. Spakowała cały materiał i znów płotami i ogrodami wróciła pod trzynastkę.
Gdy weszła, wszyscy już wiedzieli, że Dolek został zaaresztowany. Poznała to od razu, gdy ujrzała głowy pochylone w bezbrzeżnym smutku.
Wyglądało to tak, jakby nastał koniec wszystkiego. Podeszła do Romka i wręczyła mu cały materiał. Wszystko odbywało się teraz bez słów. Żaden dźwięk nie mógł teraz przemknąć się przez gardło. Cisza złowroga wisiała nad izbą, nie wiadomo, jak długo. Trwała w bezruchu. Nagle drgnęli. Za oknami rozległ się nagle tupot przyspieszonych kroków. Ktoś przebiegł pospiesznie pod oknami. Potem znów kroki — jeszcze szybsze, za nimi drugie, trzecie.
Kilkunastu mężczyzn biegło po podwórzu, tam i z powrotem. W odgłos kroków wmieszały się nawoływania i gwizd. Zrozumieli wszyscy w lot.
„Szukają Romka” — pomyśleli jednocześnie. Zgasili światło. Wstrzymali oddechy. A tam, za oknami, kroki stawały się coraz szybsze. Nawoływanie coraz głośniejsze. Pojęli, że nie ma na co czekać. „Trzeba przede wszystkim ukryć Romka. On musi ocaleć, skoro Dolek...” — Tej myśli nie śmieli doprowadzić do końca. Byli zbyt ogłuszeni, by zrozumieć, co się stało. Więc tylko czuli, że muszą ratować Romka, za wszelką cenę go ratować.
Rozebrali łóżko, umieścili Romka pod materacami, nakryli je prześcieradłem, pościelą. Dwójka dziewcząt ułożyła się do snu jak nigdy nic97. Wszyscy zresztą poukładali się do snu. Trzeba było stworzyć pozory, że śpią najzwyczajniej w świecie. Nikt jednak nie zmrużył oka tej nocy. Spodziewali się przecież, że lada chwila otworzą się drzwi i cały oddział milicji wpadnie do mieszkania. A wtedy pójdą wszyscy, ale Romka nie wydadzą za nic w świecie.
Nie wiedzieli nic o tym, że ten pościg spowodowany został ucieczką Dolka. Gdy dziesiątka milicjantów stanęła na posterunku bez więźnia, kazano im natychmiast puścić się w pościg. Nie wolno im było wrócić bez niego. Cała policja została zmobilizowana w poszukiwaniu. Getto zostało przetrząśnięte. Najdłużej trwały poszukiwania w tym bloku domów, gdzie mieszkali Markiewiczowie. Było tam zakamarków, podwórzy i ogródków bez liku. Całą noc uganiali się między domami, oświetlali latarką każdy kąt, musieli go przecież znaleźć. Było dla nich hańbą, że on jeden uciekł — im dziesięciu. I kiedy minął im pierwszy paroksyzm strachu, poszli w pięćdziesiątkę na odważniejszego.
A tam w izbie pod trzynastką ludzie czekali z zapartym tchem. Raz po raz świecono im w okno, kroki zbliżały się i oddalały. Nawoływania milkły i wzmagały się na nowo. Każdej chwili zdawało się, że już, już otworzą się drzwi. Byli tak blisko nich. A znali przecież tę trzynastkę od dawna. Nie było nic prostszego, jak wejść i zagarnąć ich wszystkich.
Nie weszli jednak. Ominęli ten dom, tak dobrze im znany, tak zawsze pełen młodzieży. Czemu to przypisać? Naprawdę nie wiadomo. Chyba temu, że po wstrząsającym incydencie z Dolkiem postradali głowy.