— A więc zawieszam śledztwo co do pana. Dozorco więzienny, proszę wyprowadzić tego człowieka.

— Proszę, niech mnie pan jednak wysłucha, panie sędzio! Muszę bezwarunkowo dziś jeszcze być w domu. Mam ważne rzeczy do załatwiania — —

Za drugim stołem ktoś zabeczał po baraniemu. Baron się uśmiechnął. — Wyprowadźcie tego człowieka, dozorco!


Mijał dzień za dniem, tydzień za tygodniem, a ja wciąż siedziałem w celi. —

O godzinie dwunastej musieliśmy codziennie schodzić na dół na dziedziniec więzienny i w towarzystwie innych aresztantów i podejrzanych przechadzać się przez 40 minut wkoło po wilgotnej ziemi.

Nie wolno było rozmawiać ze sobą.

Pośrodku placu stało bezlistne, zamierające drzewo, w którego korze wrośnięty był owalny szklany posążek Matki Boskiej. Pod ścianą rosły nędzne krzewy ligustru404 o liściach prawie czarnych od padającej z kominów sadzy.

Wokół zakratowane okna cel, z których od czasu do czasu wyglądała kitowa twarz o wargach anemicznych. —

Potem wracamy do grobu, w którym mieszkamy; do chleba, wody, odwaru kiełbasy, a w niedzielę zgniłej soczewicy.