Dopiero po długim czasie znów byłem wreszcie raz wezwany do przesłuchania:
— Czy mam świadków, że „pan” Wassertrum jakoby ofiarował mi zegarek.
— Mam — pan Szemajah Hillel — to jest, właściwie — nie — (przypomniałem sobie, że go przy tym nie było) — — — ale pan Charousek — nie — i jego przy tym nie było.
— Krótko mówiąc, nie było przy tym nikogo.
— Nie, nie było nikogo, panie sędzio.
Znów barani bek za drugiem biurkiem — i znowu:
— Wyprowadzić tego człowieka, dozorco więzienny! — — —
Obawa o Angelinę osłabła we mnie do stanu głuchej rezygnacji. Moment, w którym o nią lękać się musiałem, minął. Albo plan zemsty Wassertruma powiódł się od dawna — albo Charousek go opanował: mówiłem sobie.
Ale troska o Miriam doprowadzała mnie teraz prawie do szaleństwa. Wyobrażałem sobie, jak ona z godziny na godzinę czekała, aby cud się odnowił — jak wczesnym rankiem, gdy piekarz przychodzi, wybiega na ulicę i drżącą ręką chleb przeszukuje — — — Być może z mego powodu umiera od trwogi.
Często mnie to w nocy wybijało ze snu — właziłem na deskę przy ścianie; szczerzyłem oczy w miedziane oblicze zegara wieżowego — i pożerało mnie pragnienie, aby moje myśli mogły przedostać się do Hillela — i krzyknąć mu w ucho: aby ratował Miriam i wyzwolił ją od męki oczekiwania na cud.